Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o Króliku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o Króliku. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 czerwca 2020

Geen goede vooruitzichten


Minęło 11 tygodni lockdownu. W przypadku Królika 11 tygodni obłędnej rutyny. Głównie bieganie i rower. Brak pływania rzuca się Królikowi na głowę.

Przez ten czas wydarzyło się wszystko. Wdrapał się Królik tak wysoko, że musiał spaść na pysk tak, jak jeszcze nigdy w życiu nie spadł. Głowa tego nie wytrzymuje zupełnie. Wymaga podkręcenia rutyny, dokładania minut i kilometrów. A i tak nie potrafi Królik nie myśleć, nie rozpamiętywać, nie płakać.

Krajobrazy rowerowe
Przez te 11 tygodni wyszło 3189km roweru i 792.6km biegu, czyli średnio 41.4km roweru i 10.3km biegu dziennie. Ale maj już był totalnie obłędny: w sumie 1508km roweru i 357.9km biegu, co dało średnio 48.6km roweru i 11.5km biegu dziennie.

Er zou uiteindelijk iets moeten instorten. Geen goede vooruitzichten. 

Parę jeziorek w okolicy z zakazem pływania. Do tego obsiadłe przez wrednych wędkarzy

sobota, 29 lutego 2020

Raz na cztery lata trafia się dzień za darmo


Trzy i pół tygodnia od CUTa. Z powrotem we Flandrii. Królik prawie samodzielny. Sam, więc musi sobie radzić. Przytachanie bagażu i cały proces podróży wcale nie był banalny.

Teraz zajmowanie się ranami, opuchnięciem, bólem, strupami, bliznami spada już tylko na Królika. Teraz sam musi ogarnąć dezynfekowanie, uciskanie, opatrunki, maści, plastry. Precyzyjne wycinanie, smarowanie, odlepianie, przylepianie patrząc się tylko w lustro naprawdę nie jest łatwe.

To nie był prawdziwy śnieg tylko okropny slush

Jeszcze w Warszawie zaczął Królik delikatnie na siłowni, nogi rzecz jasna. Tutaj jest trenażer, a na zewnątrz ohydny śnieg z deszczem, który na razie skutecznie zniechęca do czegokolwiek. Raptem jedna sensowniejsza przejażdżka rowerowa do tej pory. Siłownia od jutra. Na bieganie trzeba będzie jeszcze czekać tygodnie. Na pływanie – raczej miesiące.

Codziennie godzina bez kompresji i opatrunku. Wolność. I trochę rozczarowanie, jak to wszystko wygląda. Obawa, czy to się w ogóle dobrze zagoi, czy nie trzeba będzie ciąć znowu. Nie jest Królikowi łatwo ze swoją głową. Ale może trochę łatwiej z ciałem, a przynajmniej – może BĘDZIE łatwiej z ciałem. 

Spacer na Keizerberg
Rower wzdłuż Demer

piątek, 14 lutego 2020

Dziesiąta doba


Mija dziesięć dni od CUTa. Królik wraca do żywych. Ale powoli to idzie bardzo. I choć nie jest źle, nie można powiedzieć, żeby się do końca udało. Być może konieczna będzie jakaś poprawka, kolejny CUT. Albo paskudztwo zostanie do końca życia.

Jeszcze w poCUTowej euforii (otumanieniu)
Cały ten serial trwa już ponad pół roku i mocno Królika eksploatuje. Najpierw było załatwianie. Na każdym etapie przeszkody. Absurdalne, upokarzające, kosztowne. Bezsilność i rozpacz. Do tego jeszcze Króliczy wyjazd. Załatwianie na odległość. Jeżdżenie w tę i we w tę. Strach, że się nie uda, że coś się rypnie.

W końcu leki, leki, leki. W końcu odliczanie już nie tygodni, już nie dni, tylko godzin, minut. Dlaczego to tyle trwa? W końcu przypięli pasami do stołu operacyjnego. Ulga. Zrobił Królik wszystko, co musiał zrobić, teraz już jest w rękach innych.

CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT

Rurka w nosie, ściskający ciśnieniomierz, pulsometr, kroplówka z morfiny. Miażdżący ból, wyrzyg, kołek w gardle, niewygoda, spuchnięcie. W domu rozsadzający ból głowy. Cztery dni w jakiejś innej rzeczywistości. Niby w domu, ale bez spania, bo nie sposób się ułożyć. Z jakimiś obcymi elementami w ciele, przebijającymi się w najdziwniejszych miejscach. I jeszcze te leki, leki, leki.

Pobiegałby Królik

Piąta doba po CUTcie – usunięcie rurek. Krok ku wolności. Powoli. Nabieranie samodzielności. Już Królik sam otworzył lodówkę. Już sam założył buty. Sam wyszedł wyrzucić śmiecie. Siódma doba – impreza dziękczynna. Ósma doba – wyprawa do kina. Dziewiąta doba – samodzielny spacer po lesie. Dziewiąta doba – rowerek na siłowni. 

Sprzęt ratujący życie


niedziela, 2 lutego 2020

Ostatnie razy


Wiele rzeczy ostatni raz. Ostatni spacer po plaży. Ostatnie bieganie po górkach. Jutro ostatnie bieganie po lesie. Pojutrze ostatnie pływanie. Ostatnia siłownia. Ostatni rower. Jeszcze setki innych ostatnich. Królik* robi długi reset. CUT. Takie tam roztrenowanie. Ostatni tydzień przygotowań, spłukiwania organów chemią różną, mija.

*Tak, to ten sam Królik, który od trzech lat woli funkcjonować z ryzykiem wylewki jakiejś czy udaru, niż brać leki; Królik, który odmówił dość prostej w sumie operacji, która mogła naprawić krew (choć mogła i nie naprawić).

CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT

Potem będą dwa, trzy tygodnie unieruchomienia, niespotykane kombinacje i obłędne dawki medykamentów. Dalej dwa, trzy miesiące nietrenowania. I jeszcze wiele kolejnych miesięcy babrania się w tym. Jak to wszystko Królicza głowa w ogóle zniesie? Na razie nie bardzo znosiła to, co było przed CUTem, więc chyba innej drogi nie ma. Może po CUTcie będzie jakiś pierwszy raz.

Ostatni raz. Z Ylvą wzdłuż morza

Ostatni raz. Bieg wokół stawów w Abdij van Park

Ostatni raz. Przejażdżka po Meerdaalwoud

Ostatni raz. Przebieżka po Heverleebos do Zoet Water

Ostatni raz. Zawody w błocie Gór Świętokrzyskich

Ostatni raz. Wykres tempa i profil trasy z Gór Świętokrzyskich

niedziela, 22 grudnia 2019

Ćwiczenie


Ostatni obóz w Kołobrzegu był jak zwykle uświadomieniem sobie niedoskonałości Króliczego kraula. Ale coś się w Króliczej głowie przestawiło na pracę nad bardzo małymi detalami. Nuda, ale myśli o nich Królik pływając. Myśli i wyobraża sobie, że pływa lepiej. Że te ruchy, że całe ciało wyglądają lepiej.  

Ucieczka. Heverleebos i ten kawałek rowerowego złomu 
mimo wszystko ratują Króliczą głowę

Siłownia. Ciemnawo. Smród. Muzyka przebijająca się przez pojękiwanie i stukanie żelastwa. Królik unikał. Po co, skoro można było się zadręczać biegając godzinami po lesie albo pływając setki razy od ściany do ściany. Co to za wysiłek siedzenie na ławeczce i przesuwanie jakiegoś żelastwa osiem razy w ciągu minuty? Ogólny bezsens.

Nie polubił Królik siłowni. Ale może trochę polubił ćwiczenie. Takie ćwiczenie z wielkiego CI. Cierpliwość, którą musi Króliczemu ciału poświęcić, żeby było bardziej takie, jak chce. A nie niecierpliwość, żeby ciało oddało Królikowi to, czego on oczekuje. 

Trochę cierpliwości trzeba też było, żeby zakwitła Wdowia Podnieta, 
którą Królik uratował z ułamanej gałązki we wrześniu
Latanie do Warszawy… byle już wszystko załatwić… i cierpliwie, 
żeby czegoś nie zawalić na ostatniej prostej…



niedziela, 11 sierpnia 2019

Ostatnie cztery miesiące

Z powrotem kontuzja. Położone zawody w Hvarze.
Rozpacz.
Wyjazd na narty do Norwegii.
W pracy źle. W domu gorzej. 
Wyjazd do West Cork nie pomógł.
Wyspy Scilly przemierzone piechotą. Jest problem: kwalifikacje do Mistrzostw Świata.
Ciało wstrętne. Głowa siada. Cel treningu: niemyślenie i nieczucie.
Upały.
Jedne zawody OW na Mazurach.
Krótki obóz treningowy w górach.
Ciało. Rozpad. Likwidacja domu. Wyjazd. Zmiana pracy.
Za dużo tego wszystkiego.


Hvar w przeddzień zawodów

Hvar w dzień zawodów

Hardangervidda

Hardangervidda

Hardangervidda

Nieudana wyprawa do Mizen Head

Ballycotton

Ballycotton

Barleycove beach

Barleycove beach

Mizen Head

Isles of Scilly

Isles of Scilly

Warszawa. Upały i noga

Wejsuny 3km OW

Beskid Sądecki

Przed porannym treningiem

niedziela, 16 grudnia 2018

Powłóczenie

Tak miło się planuje różne rzeczy. Treningi, zawody, wombaty. Ogólnie przyszłość. A potem życie daje po głowie i ktoś tam z tych marzeń ma niezłą polewkę. 

Jeszcze w takich przypadkach oprócz głowy wysiada Królikowi reszta ciała. Więc w trybie zombie funkcjonuje Królik. Bieganie polega na powłóczeniu nogami pod domem, byle się nie potknąć; w czasie pływania ramiona jak z gąbki, Królik zamyka oczy i prawie jakby zasypiał; nawet na trenażerze serce nie chce wejść choćby w porządny pierwszy zakres. Pierwszy raz od lat nie wystartował Królik w basenowych mistrzostwach Warszawy, choć jeszcze miesiąc temu nadzieja poprawy rekordu na 400m jakoś tam była realna.

Mrożenie Króliczego ciała o świcie w takich okolicznościach przyrody
Tego ogólnego zgonu nie da się pewnie zwalczyć bez zgody Króliczej głowy, a ta na razie odmawia; tylko pogrąża się dalej ciągnąc za sobą resztę. Z drugiej strony to powłóczenie nogami i zasypianie w basenie pozwala chyba nie przejąć głowie całkowitego władztwa nad ciałem i kompletne pogrążenie się. Na razie planowanie ograniczyło się do „byle do jutra”, choć gdzieś tam na horyzoncie majaczą poważniejsze zmiany, na razie raczej przerażają niż cieszą.

piątek, 7 lipca 2017

Rachu ciachu

Mija już ponad rok od diagnozy i rok leczenia. Bez efektu. Słabo. Znaczy, że to leczenie nie działa. Toksyczne świństwa tłoczone do żył Króliczych napsuły mnóstwo, ale akurat nie chorobę. Czyli się już nie wyleczy. Czyli życie z chorobą już do końca. Ciągła niepewność, stałe zagrożenie, co chwila kontrole i jeszcze gorsze medykamenty.

Zostaje cięcie drastyczne. Bez pewności powodzenia. Ale na pewno wyrzuci się wtedy jednym ciachem, jedną narkozą i masą toksycznych świństw całe kilka lat Króliczej treningowej pracy, nadzieje na wyniki, wielomiesięczną walkę o każdą sekundę. Królik boi się stracić kontrolę nad ciałem, którą i tak już powoli traci. Królik boi się też innych utrat. Bo nie ma w sumie innych znajomych niż tacy, którzy za najfajniejszy sposób spędzania czasu uznają uszlajanie się gdzieś w górach, walnięcie sobie pięciu kilometrów na basenie z rana, sponiewieranie się w jakimś lesie, czy jeziorze. Nie będą takiego Króliczego inwalidy gdzieś ze sobą ciągać, nie będą mieli z Króliczym inwalidą o czym rozmawiać.


Królik od roku prawie o niczym innym nie myśli, nie czyta, nie zajmuje się. Tyle kontroli, badań, godzin spędzonych w szpitalu, w poczekalni, w przychodni. A to wszystko dopiero początek. Z tego powodu to też rok w plecy w pracy. Niemożność skupienia się przez pięć minut na czymkolwiek, spanie bez końca, albo gapienie się po nocy bezmyślnie w sufit. Wyrzyg na samą myśl o spotkaniu się z kimś z rodziny.

A treningowo rok wariactwa. Leki dawały kopa na granicy psychozy, albo odejmowały ostatek energii. Rozregulowały wszystkie układy od hormonalnego po krwionośny, wszystkie tkanki począwszy od skóry skończywszy na kościach, wszystkie organy wewnętrzne od wątroby po serce. Lekarz puszczał tylko po podpisaniu niezgody na hospitalizację. Drugi nakrzyczał, że Królik na rowerze przyjechał (dobrze, że nie wiedział o wszystkim innym).


Królik wynegocjował ostatnie wakacje. I tak masa jeszcze badań, szczepień i tak dalej. Ale jeszcze te dwa miesiące, jeszcze parę wyjazdów. I po wakacjach rachu ciachu. Młotkiem w głowę dla wyłączenia przytomności, trucizną do żyły, piłą, nożycami i skalpelem po wnętrznościach. Potem ból i inwalidztwo do końca życia. I najgorsza niewiadoma. Czy to w ogóle da jakiś efekt. Na razie jakieś dwa miesiące wyczekiwania i strachu. Tylko że potem będzie już tylko gorzej.

środa, 31 sierpnia 2016

Leczenie


W równym stopniu co leczenie, jest to także trucie. Może pomóc, ale nie wiadomo na ile; prawie na pewno może zaszkodzić. Bo te lecznicze specyfiki raczej niszczą niż budują. Nie tylko chemicznie, ale i w ogóle leczenie szpitalne zwala z nóg. Bo:


1. Farmakoterapia jest niewybiórcza, tylko wali na oślep jak cepem przez łeb, być może trochę naprawiając, co zepsute; ale i psując, co zdrowe
2. Szpital ubezwłasnowolnia, lekarze traktują jak żyłę, do której wlewać można różne substancje; żyła ma nie zadawać pytań
3. Szpital przygnębia, nie daje odpocząć, koszmarzy opowieściami i stanem współpacjentów
4. Ze szpitala nie można wyjść mimo słońca, dla ratowania własnej równowagi psychicznej, w końcu wychodzi się zmęczonym i steranym
5. Szpital powoduje zadręczanie się tym, co będzie dalej, szukaniem swoich win, swoich słabości, niekonsekwencji, złego prowadzenia się



Cała ta bezradność i strach to jeszcze nic wobec ciała, które jakby nie swoje, jakby nie bardzo materialne, jakby kończyny nie do końca do niego pasowały. Zniknęła cała siła nagromadzona podczas obozu, wszystkich treningów. Mięśnie działają jakby bez oporu, jakby były zbyt dobrze naoliwione, przesuwają się, ale nie wykonują pracy. Wystarczyło kilka dni trucia, by wykopać metabolizm i układ odpornościowy na jakieś inne tory. Wcale przecież nie wiadomo, czy lepsze niż poprzednio. I dalej nie wiadomo, co dalej…