Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawody. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 lutego 2020

Ostatnie razy


Wiele rzeczy ostatni raz. Ostatni spacer po plaży. Ostatnie bieganie po górkach. Jutro ostatnie bieganie po lesie. Pojutrze ostatnie pływanie. Ostatnia siłownia. Ostatni rower. Jeszcze setki innych ostatnich. Królik* robi długi reset. CUT. Takie tam roztrenowanie. Ostatni tydzień przygotowań, spłukiwania organów chemią różną, mija.

*Tak, to ten sam Królik, który od trzech lat woli funkcjonować z ryzykiem wylewki jakiejś czy udaru, niż brać leki; Królik, który odmówił dość prostej w sumie operacji, która mogła naprawić krew (choć mogła i nie naprawić).

CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT

Potem będą dwa, trzy tygodnie unieruchomienia, niespotykane kombinacje i obłędne dawki medykamentów. Dalej dwa, trzy miesiące nietrenowania. I jeszcze wiele kolejnych miesięcy babrania się w tym. Jak to wszystko Królicza głowa w ogóle zniesie? Na razie nie bardzo znosiła to, co było przed CUTem, więc chyba innej drogi nie ma. Może po CUTcie będzie jakiś pierwszy raz.

Ostatni raz. Z Ylvą wzdłuż morza

Ostatni raz. Bieg wokół stawów w Abdij van Park

Ostatni raz. Przejażdżka po Meerdaalwoud

Ostatni raz. Przebieżka po Heverleebos do Zoet Water

Ostatni raz. Zawody w błocie Gór Świętokrzyskich

Ostatni raz. Wykres tempa i profil trasy z Gór Świętokrzyskich

wtorek, 31 grudnia 2019

Rok 2019


Słaby treningowo był ten dziewiętnasty. Królik zaliczył odnowienie się niemocy kolana na drugim pięknym biegu zimowym już na początku roku. I potem był największy ból w Hvarze, największa nadzieja na Iles of Scilly i największe rozczarowanie, czyli DNF, na Stockholms skärgården. Zawody pływackie tylko jedne OW 3km na Mazurach. I żadnych więcej startów. Ogólne zwątpienie w sens jakichkolwiek.



Tygodniowe przebiegi... jak widać, z tygodnia na tydzień coraz gorzej
Średnia dzienna... tylko w pływaniu pewien postęp
Była jeszcze wycieczka na Hardangervidda. Obóz w Rytrze i w Kołobrzegu. Były jak zwykle wyjazdy służbowe. Wszystkiego jednak znacznie mniej niż w poprzednich latach. Przez kolano bardzo mało wyszło biegania, raptem 1540km. Pływania więcej, nawet najwięcej, czyli 813km. Skandalicznie mało roweru (niecałe 5000m i całe ZERO kilometrów na szosie), przez jeżdżenie autem, przez wyjazdy, przez niemoc głowy. Trochę więcej trenażera niż poprzednio, no i żelastwo na siłowni. Standardowo wyszło niecałe trzy godziny użerania się z Króliczym ciałem dziennie.

Były w dziewiętnastym dwie przeprowadzki, masa formalności przeróżnych, nowa praca. Wiele rozczarowań, wiele nadziei. Ta zima też wyjątkowo bez wyjazdu na narty, bez świątecznego obozu w Szczyrku. Trudny był to rok dla Króliczego ciała i Króliczej głowy. A następny raczej nie będzie łatwiejszy.

Highlights

Weekend na Mazurach w styczniu, ostatnie bieganie bez obaw o nogę
Polarne upały w maju na Hardangervidda
Majowa służbówka w Irlandii

Mixed blessings

Zawody na Isles of Scilly... które dały nieszczęsnego slota
Flandria... niby jak w domu, niby pięknie, ale jednak trudno...

Downsides

Hvar... najboleśniejsze zawody ever... przyczyniły się do zasadniczego DNFa

Czy może być coś bardziej upokarzającego, dołującego, załamującego niż płynięcie motorówką przez morze, które miało się pokonać wpław...


sobota, 24 sierpnia 2019

Tydzień


Tydzień do startu w najważniejszych zawodach w życiu. Tymczasem w życiu tyle się dzieje, że Królik nie ogarnia ciała, pracy, domu, tego życia w ogóle. 

Biedne Jeziorko Czerniakowskie przed pływobiegowym treningiem w scenerii jak z katastrofy kosmicznej lub nuklearnej, jak kto woli

Po zawodach na Isles of Scilly i tej nieszczęsnej kwalifikacji, po chwili odpoczynku, zrobił Królik solidne osiem tygodni trenowania po 14 godzin tygodniowo. Wyszło więc ponad 155km pływania, 364km biegu, ponad 1000km roweru i jeszcze jakieś tam inne bajery. Dużo, ale jakościowo marnie jak zwykle. Raptem dwa swimrunowe treningi nastawione na zmiany, choć nie zmiany będą kluczowe na mistrzostwach.

Mazowieckie pole przed pływobiegowym treningiem

I teraz trzytygodniowe spowolnienie, żeby sobie krzywdy (większej niż już jest) przed zawodami nie zrobić. Nagle tak trudno zebrać się do choćby półgodzinnego truchtu. Wszystko się tak rozmemłuje. A głowa pracuje i przerabia najgorsze scenariusze. I już wydaje się, że nic innego nie jest możliwe. Nie da rady kolano, albo achillesy, albo bark, albo kręgosłup, a może krew, raczej jelito, nerki lub wątroba; coś na pewno trzaśnie, może wszystko naraz.

Tydzień jeszcze w podróży. W pracy. W upale. W oczekiwaniu. 

Warszawska sceneria Króliczego załatwiania tysiąca spraw przed wyjazdem

niedziela, 24 lutego 2019

Rozpacz i nadzieja

Było za dobrze. Nie mogło tak dalej być. Przecież nigdy nie jest dobrze. A Królik uwierzył, że może tak być, a że i jeszcze lepiej może być. I może sobie znów uciec na weekend i biegać. I znów będzie super, zaskakująco dobrze, w ogóle medale, radość i te inne bzdety. Na basenie były zaskakująco dobre czasy (im dłuższy dystans, tym szybsze tempo), superwynik w Krościenku. Trzeba było odpuścić i się tym cieszyć. Ale Królik ucieka wciąż przed swoją głową, więc kolejny weekend chciał się Królik w tej dobrości pławić. I wszystko się zwaliło. Głupota wygrała. Noga przegrała. Królik ledwo doczołgał się do końca trasy.

Na basenie zero progresu, najnowsze wyniki z treningu 5x200m takie, jak półtora roku temu
W samotności Królik zadaje sobie takie nudne do wyrzygu treningi
Albo takie, jeszcze nudniejsze

I zjazd totalny. Załamka psychiczna i fizyczna. Rozpacz. Królik bardzo przeszarżował i nie może nadziwić się swojej głupocie. Cztery tygodnie mijają od tej szarży. W tym czasie głównie się Królik obżerał i rozpaczał. Przepłynął 100km, nadwerężył sobie plecy i ramię od pływania w łapach, próbował tysiąca sposobów na nogę: zimno, ciepło, skurcze, rozkurcze, rozciąganie, wałkowanie, prądy, igły, gwoździe, bańki, miód, masowanie, rozluźnianie, prądowanie, ściskanie, oblepianie, obkłuwanie, kompresowanie. Biegania było kilometrowo mniej niż pływania. Pojawiają się promyczki nadziei szybko gaszone jakimiś bólem, skurczem, napuchnięciem. Ciało się poddaje i wtedy głowa leci za nim.

Na granicy wiosny. Czyli jak się Królik wybierze zanurzyć w jeziorze, to akurat chwycił mróz
I jeszcze śniegiem posypał
A jak przygrzewa, to Królik akurat na wybieganiu, a noga odmawia posłuszeństwa
Piękne te nasze nadwiślańskie krajobrazy
Rozwalająca się jednostka pływająca na pierwszym planie przydaje rodzimemu krajobrazowi nutkę nostalgii

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Zimowa triada – trzy przebieżki po ośnieżonych górkach

Najtrudniej było wyobrazić sobie Królikowi, że będzie umiał znaleźć zapał do tego wszystkiego: do czekania na zimnie, do zapadania się w zaspy, do mokrych pleców na mrozie, do brył lodu tworzących się wokół kostek; w ogóle do jazdy na zawody kilka godzin przez pół Polski, do zawodów bez pływania; do przebywania z wyjadaczami ultra, dla których te biegi były króciutkie (a i tak robili dystanse dwa razy dłuższe niż Królik), którzy mówili jakimiś kodami, roztrząsali godzinami sprawy odżywiania, sprzętu i ubioru.

Meta trzeciego etapu nad Dunajcem, innych okazji do robienia zdjęć nie było

A Królik z całą naiwnością podszedł do tego wyzwania. Przetestowane ciuchy biegowo-narciarskie, plecak; przetestowane niejedzenie na trasie do trzech godzin. I wszystkie trzy biegi podobne. Dość krótkie. Jedno podejście, a potem zbieg. Podejście wolne, czasem irytująco wolne, w kolejce innych biegaczy, ze zrywami wyprzedzania w kopnym śniegu. Generalnie oglądanie godzinami butów osoby przed sobą, słuchanie sapania tego kogoś za plecami. A potem zbieg. Szalone gubienie nóg, zapadanie się, ześlizgiwanie, latanie ponad ścieżką śniegu, błota, lodu, obrywanie gałęziami po oczach. Królik czuł niedosyt na podejściach i brak techniki, odwagi i prędkości na zbiegach.

I z tego wszystkiego zrobiło się: na pierwszym etapie 15.5km i 700m w górę; na drugim – 5.5km i 200m w pionie; na trzecim – 10.5km i 500 w górę. Razem prawie cztery i pół godziny brodzenia w śniegu. To wszystko dało szóste miejsce i pierwsze w kategorii. 


Niby dobrze, choć czy wystarczająco dobrze, żeby zbudować na tym jakąś wiarę w Królicze możliwości? Czy nie musiałby Królik zrobić dystansu ultra i zszargać się do tego stopnia, by poczuć dumę z samego faktu ukończenia? Nawet górscy wyjadacze po niedzielnym długim dystansie wydawali się mocno zmęczeni. W sumie Królik za każdym razem zadowolony był, że nie musi obiegać jeszcze czegoś, robić kolejnej pętli, wracać tą samą trasą. Może wombatowa partnerka prędzej uwierzyła, że coś z Królika jeszcze będzie?

Wyjazd o tyle nietypowy, że było dużo znajomych, nie było ani chwili samotności, co wymęczyło Królika, ale też dało swoistą towarzyską satysfakcję, uchroniło przed startowymi stresami, mocno zmotywowało zarówno do samego uczestnictwa, jak i jednak ciśnięcia nie tylko na ukończenie. Pierwsze zawody w tym roku odbębnione. Trudno dopiero będzie…

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Podsumowanie 2018 roku

Kilometraże
Sportowo był to pracowity rok. W szczególności pływacko udało się zrobić, podobnie jak w zeszłym roku, prawie 670km i to jest chyba maksimum Króliczych możliwości. Progres techniczny raczej niewielki, ale też nie było siły, by weryfikować czasy na zimowych zawodach. Biegowo kolejny rok małego, acz konsekwentnego zwiększania kilometrażu i z wyjątkiem ostatniego osłabienia, być może jest też pewien postęp jakościowy. Resztę godzin treningowych dokręcił Królik na trenażerze. Wyszło więc średnio ponad 44 minuty pływania, 32 minuty biegu, 21 minut kręcenia dziennie. Trenażer stał rozstawiony cały rok praktycznie i zastąpił całkiem zarzucony rower szosowy w plenerze. Rower transportowy to raptem 2/3 objętości poprzednich lat. Z powodu wyjazdów, tygodnia choroby, no i niestety też wejście w dysponowanie autkiem przez dwa ostatnie miesiące roku, obcięły się kilometry na rowerze. Z drugiej strony jednak autko umożliwiło szybkie poranne wypady na morsowanie i do lasu. 

Roczne porównania dziennych średnich

Ciało
Przez cały rok było 19 dni bez treningów, w tym cały tydzień w maju totalnego zaziębienia. Królik wdrożył też plan negacji choroby, dzięki czemu zeżarł mniej więcej 1/10 leków, którą wtłaczali w niego lekarze w poprzednich latach. No i nie dał się nawet na jedną noc zamknąć w szpitalu! Trochę pod koniec roku główka Królikowi przestała działać i rzuciło się to dość mocno na ciało, ale uznaje to Królik za przejściowe.

Wyjazdy
Wyjazdy utrzymują Króliczą głowę w stanie równowagi. Nawet krótkie, nawet służbowe, wszelkie oddalenie się od warszawskich paranoi dobrze Królikowi robi. Były więc cztery obozy pływackie, jeden wyjazd na narty, cztery inne stricte sportowe wyjazdy i trzynaście wyjazdów służbowych łączonych oczywiście z zawodami, zwiedzaniem, pływaniem, bieganiem. Jakoś starczyło, żeby przeżyć.

Rozliczenia 52 tygodni 2018 roku

Zawody
W 2018 roku Królik standardowo wystartował w Półmaratonie Warszawskim (totalna porażka), w triathlonie IM 5150 (umiarkowany brak sukcesu), na Jeziorku Czerniakowskim (standard), no i cudnych zawodach Swim the Island w Ligurii. Ale przede wszystkim to był ważny czas odkrycia pływobiegów. Były dwie próby solo w Szwecji, a potem debiut w Wiórach i w serii Ötillö w Cannes w najlepszej wombatowej parze. Pomysł dopiero się rozkręca. W każdym razie wydaje się, że w najbliższym czasie wombatom będą Królicze treningi i wyjazdy podporządkowane.

niedziela, 18 listopada 2018

Czas nakarmić wombaty

Coś się niedawno ważnego stało w Króliczym życiu. Wreszcie ma Królik jeden jasny (i nie do końca może realny) cel sportowy: nakarmić wombaty!

Jeszcze nie morsowanie, ale już chłodzenie
 
Biegowe poranki

Nie ma dnia, żeby Królik nie myślał o kolejnych zawodach, kwalifikacjach, punktach, wyjazdach, sprzęcie, lejącym się pocie, pociętych dłoniach, siniakach, obtarciach, które nadejdą już na wiosnę. A wszystko po to, żeby zadowolić te prześliczne torbacze.

1, 2, 3, 3, 2, 1 minutówki max

Podbiegi

3x1km w tempie ponadprogowym

Takie tam 12x400m na małym basenie

Są więc biegi takie i owakie. Pływanie, byle długo i najlepiej w łapkach. Ćwiczenia. No i mrożenie ciała. Wszystko jeszcze za mało i jeszcze niezbyt mądrze. Ale będzie lepiej. Wombaty czekają!

środa, 24 października 2018

Ötillö Swimrun World Series Cannes 2018

Jak tu opisać to wszystko, co nie bardzo się da opisać? Za dużo się działo. Za szybko. Zbyt to było zaskakujące. Zbyt światowe. Nawet się Królik nie miał czasu tym wszystkim denerwować. Dopiero sobie to w głowie układa.

Okoliczności

Było prawie sześć i pół godziny małych porażek i małych zwycięstw. Porażki były na przykład takie: (1) zakładanie pianki przez trzy minuty po pierwszym bieganiu, (2) wywalenie się do wody przy pierwszym wyjściu, (2) zgubienie punktu nawigacji na przedostatnim odcinku pływowym, (4) wpłynięcie na płyciznę nad jakimiś rurami, nad którymi załamywały się fale, aż się Królikowi rzygać od tego zachciało, (5) pociągnięcie za niewłaściwy koniec gumki od okularków, przez co latało wciąż Królikowi coś koło oka. Do nielicznych, acz miłych, sukcesów zaliczyć należy: (1) parę udanych transferów ląd – woda, z przygotowaniem wszystkiego w biegu i płynnym wskoczeniem do wody, (2) niezgubienie flaczki mimo biegania, a niekiedy i pływania w rozpiętej piance, (3) kojarzenie wyuczonej trasy, mimo nieznajomości terenu, (4) nieporzyganie się od żelu, tabletek cukrowych, pomarańczy i ziemniaka popitych solidnymi haustami słonej wody.                                               

Start krótkiego dystansu dzień wcześniej

Nie spełnił się najgorszy scenariusz, czyli to, czego Królik obawiał się najbardziej, mianowicie że zawiedzie swoją partnerkę, że wymięknie gdzieś po drodze, że coś sobie zrobi, że krew zacznie uciekać, albo (jeszcze gorzej) ulotni się wola ścigania się.

W zasadzie to nawet poszło za dobrze, jak na pierwszy raz. Zabrakło 11 minut do czwartego miejsca i kwalifikacji na mistrzostwa świata. To dopiero byłoby niesprawiedliwe, gdyby się udało. Ale Królik nic nie wiedział i nic nie widział podczas wyścigu. I to w sumie było najlepsze. Fajnie było zacząć na samym końcu i wyprzedzać, wyprzedzać, wyprzedzać (w sumie 44 drużyny, z czego pewnie połowę w wodzie). Mimo że po jakichś czterech godzinach już pewne znużenie się zaczynało wkradać w Królicze ciało, to właśnie dopiero Królika zmotywowało do rozkręcenia się na podejściu absurdalnie stromą trasą kolejki linowej, na zbiegu strumieniem i kanałem kanalizacyjnym do plaży naturystów, na ostatnich kilku krótkich odcinkach przed metą. Było trudno. Jeszcze nigdy nie było tak trudno. A jednocześnie wie Królik, że tak naprawdę to była krótka i łatwa, miejska, lajtowa trasa w cieplarnianych warunkach; że prawdziwe wyzwania dopiero czekają.

Rywalki
Umordował się Królik, pokaleczył, poobcierał, meduza poparzyła Króliczą nogę. Ale udało się nawadniać i odżywiać przez tych kilka godzin. Udało się nie umrzeć z przegrzania i nie zrobić sobie krzywdy. Udało się wykręcić naprawdę przyzwoity czas. Udało się mieć straszną frajdę z tego wszystkiego. I to wszystko dzięki najlepszej partnerce, która nie tylko biega, pływa, ogarnia trasę, sprzęt, żywienie, ale jeszcze znosi Królicze humory i narzekania.

wtorek, 9 października 2018

Swim the Island 2018

Długo wyczekiwane i planowane zawody. Strachy i wyobrażenia przed tym długim dystansem w morzu były przeróżne. Ostatecznie Królik kilometraż zrobił w lipcu w Warszawie, na początku sierpnia po obozie pływowym był pewnie szczyt formy, a potem już było tylko coraz gorzej. We wrześniu Królik pływał tyle co nic. Powrót na basen nie był lekki, a tu już trzeba było jechać nad morze.

Taka wyspa

W Warszawie powiało już przymrozkami rannymi, a w Ligurii lato, morze obłędnie ciepłe i czyste. Tylko że Królikowi lało się z nosa i chrobotało już w oskrzelach, czuł się fatalnie. Mimo to przez dwa dni przed zawodami zajmował się bieganiem, płukaniem zatok w słonej wodzie i udawaniem, że zaziębienie nie podpsuło też krwi.

Taka woda

Pierwszego dnia zawodów pogoda deszczowa się zrobiła, jednak przydały się długie spodnie, kurtki i czapki, którymi Królik wypchał torbę. Start na 800m zrobił jednak Królik sautè, czyli bez pianki. To była taka tam zabawa, głównie przedsmak czekającej w niedzielę pralki i łykania słonej wody na trasie.

Kilkaset osób w wodzie, tysiąc na plaży

Obstawa ratownicza

Łączony wyścig na 1800m i 6000m miał być wyzwaniem rzuconym Króliczym ambicjom wytrzymałościowym. Królika głównie pochłaniała nie stricte sportowa strona tych startów, ale logistyka pływania w piance i w słonej wodzie. Poranne 1800m było takim rozpływaniem się w krótkiej piance, testem pływania z balonem na tyłku i wypływania spośród walących na oślep ciał. Trochę po tym Królika przymuliło i już w zasadzie nie miał wielkiej ochoty iść na te sześć kilosów znów do morza. Ale nie było wyjścia.

Trasa 6000m

Tym razem gotował się Królik w długiej piance, był przygotowany na umieranie z pragnienia i nieodzowne obtarcia szyi. Miał Królik zacząć spokojnie, ale w pralce i emocjach po prostu się nie dało. Miał Królik zwolnić, jak się trochę rozrzedzi, ale też już jakoś głupio było odpoczywać. Fantastycznie pływało się wśród skał, na fali, z widokami na wyspę nad wodą i na ryby pod wodą. Szkoda tylko, że Królicze okularki zaparowały prawie całkowicie, ledwo co tam się jak przez mgłę przebijało do Króliczych siatkówek ocznych. Fale raz niosły, raz znosiły, ktoś miział Królika po stopach, potem znów Królik kogoś miział, ratownicy na paddleboardach spychali na właściwy tor. Pierwsza, dłuższa pętla minęła zaskakująco szybko. Już więc Królik wiedział, że nic się nie stanie, nie umrze z pragnienia, nie porzyga się z choroby morskiej, nie zemdleje z wysiłku. 

Trasa prowadziła między tymi skałkami

Owszem, lekko nie było. Na języku kłuły jakby igiełki soli, pianka tarła za każdym razem po rozoranej skórze na szyi, a plecy bolały od zbyt wysokiej pozycji w wodzie. Ale poza tym było całkiem miło. Nogami Królik w piance nie pracuje wcale, więc nawet się zasapał i już było po wszystkim. Nawet udało się złapać równowagę i wyjść na dwóch kończynach na plażę do mety.

Wschód

Po tym wyścigu pierwszy raz zrobiło się Królikowi zimno; szczęki z jakiegoś powodu bolały okrutnie, gdy Królik wgryzł się w postartowe ciastko; skóra na szyi oczywiście w strzępach, ale poza tym było zupełnie w porządku. What’s the big deal? W sumie trochę ponad dwie godziny w wodzie, pewnie jakieś osiem kilometrów pływania. Doprawdy nic szczególnego. Na tę niewielką grupę, która zdecydowała się na podwójny wyścig Królik zajął daleką pozycję gdzieś w dwóch trzecich stawki, w ogóle nie ma się czym chwalić, czasy marne. Ale było naprawdę cudnie. Woda wspaniała, widoki, pogoda, organizacja, wszystko udało się przednio. Zadowolony Królik z takiej kilkudniowej dobitki letnich wakacji. Choć chyba jeszcze jedna imprezka na riwierze się szykuje. 

środa, 29 sierpnia 2018

Wióry 2018

Trzeci pływobieg w tym roku. Tym razem zgodnie ze sztuką, czyli w parze. Nie mógł Królik lepszej partnerki sobie wymarzyć. Przede wszystkim świetnej biegowo i pływowo, ambitnej, inteligentnej (to okrutnie ważne) i z poczuciem humoru (jeszcze ważniejsze). Były przygotowania, ustalenie tysiąca drobiazgów, no i taki jakiś lajcik na starcie czuł Królik, jak nigdy. Jakby na nią zrzucił część odpowiedzialności za przebieg i przepływ tych zawodów.

W przedstartowych odgrażaniach się żartobliwie padały jakieś słowa o rywalizacji, walce, pudłach, medalach. To tylko takie żarty, powtarzał sobie Królik. Byle dotrzeć do mety. Żarciki i lajciki skończyły się już na pierwszych metrach biegu. Zbieg asfaltem, jakieś obłędne tempo, wyprzedzanie. Skończył się zbieg, skończył się asfalt, a tu dalej szybko, serce Królikowi spod kamizelki wypadało, ale na szczęście można już było pakować się do wody. Tu Królik przejmował dowodzenie, czyli napędzanie łapami i nawigowanie oczami. Nie ma przyjemniejszego uczucia niż, gdy wyprzedza się konkurencję w wodzie, gdy jakieś powolne ciała nawigują bez sensu w bok, partnerka popycha łapkami Królicze buty, zielona woda wlewa się do ust, już mułowate dno zacmokuje buty i można wyskakiwać na brzeg, zwijać pływowe zabawki i zapruwać do przodu myśląc tylko o tym, żeby hol nie napiął się na tyle, by nie szarpnąć siebie lub przodowniczki. 


Królik był przerażony lipcowym wypadem na Wióry, gdy było gorąco, brudno i pełno polskiej nadwodnej pożalsiębożeturystyki (klik). Tym razem chłodno, pochmurno, więcej wody. Trasa fantastyczna, oznaczona idealnie, trudna, ale bez niebezpiecznych momentów. Trochę chaszczy kłujących, trochę chaszczy zapadających się w wodę, trochę błota, parę wąwozów do strawersowania. No to leciał Królik na tym powrozie wypatrując tylko kolejnych odcinków pływowych. Zrobiło się luźno po rozdzieleniu się krótszego i dłuższego dystansu na osobne tory. Na drugim punkcie odżywczym wbił Królik zęby w pomarańczę, co niemal dorównało największym życiowym uniesieniom. No i musiało się zdarzyć nieuniknione. Brzemienna w skutkach informacja od wolontariuszy: czwarte miejsce, dwie minuty straty. Ledwo minęła połowa trasy, a tu trzeba było przyspieszyć. Po prostu tak musiało być. Żadnego gadania, żadnego ustalania. Lecimy. Królik zastępczo gadał tylko ze sobą: czwarte miejsce jest super, fantastyczne, całkowicie satysfakcjonujące. Czwarte miejsce to porażka, musi być trzecie, choćby to miał być Królika ostatni… ostatni… ostatni w ogóle cokolwiek.

Pływanie. Wyprzedzamy. Wyłazimy z wody. Na bieganiu tamci są szybsi. Doganiamy. Oni przyspieszają. Tracimy ich w ogóle z oczu. Czwarte miejsce jest super. Szybciej. Ostatnie długie pływanie. Są. Widać nawet jeszcze tych z drugiego miejsca. Tylko trzecie miejsce. Ramiona odpadają. Partnerka traci cierpliwość, wali Królika łapami po butach, wypływa obok. Tamci płyną wolniej, a najważniejsze, że nie płyną prosto do celu. Musi być trzecie miejsce. Wygrzebujemy się w błotnisty wąwóz przed nimi. Do góry. Ledwo można biec. Trzeba biec. Czwarte miejsce to porażka. W dół. Szybciej. Znów w górę. Nie no, czwarte miejsce też może być, jak nas przegonią na ostatnich metrach. Królik na wszelki wypadek nie ogląda się za siebie. Droga. Taka asfaltowa zwykła droga. Szybciej. Tylko trzecie miejsce się liczy. Zbieg betonowymi płytami. Skok z pomostu. Byle się we własny hol nie zaplątać. Ostatnie pięćdziesiąt metrów pływania. Już Królik nie czuł ramion. Wyjątkowo nieudolne wygramolenie się na wysoki brzeg. Ostatnie metry do mety. Trzecie miejsce.


Wstęga na mecie. Błysk fleszy. Ciekawskie obiektywy. Rozentuzjazmowane twarze kibiców. Tysiące dłoni. Mokre buty. Woda z papierowego kubeczka. Wszystko mokre. Zimno. Kawałek arbuza. Pić, pić, pić. Zimno, zimno, zimno. Po nieprzespanej nocy, po lataniu cztery i pół godziny po chaszczach i taplaniu się w bajorze, trochę Królikowi zajęło zrozumienie wagi tego wydarzenia. No krótko mówiąc jest totalnie nieważne. Ale było naprawdę bardzo fajnie.