Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dwukółki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dwukółki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 czerwca 2020

Geen goede vooruitzichten


Minęło 11 tygodni lockdownu. W przypadku Królika 11 tygodni obłędnej rutyny. Głównie bieganie i rower. Brak pływania rzuca się Królikowi na głowę.

Przez ten czas wydarzyło się wszystko. Wdrapał się Królik tak wysoko, że musiał spaść na pysk tak, jak jeszcze nigdy w życiu nie spadł. Głowa tego nie wytrzymuje zupełnie. Wymaga podkręcenia rutyny, dokładania minut i kilometrów. A i tak nie potrafi Królik nie myśleć, nie rozpamiętywać, nie płakać.

Krajobrazy rowerowe
Przez te 11 tygodni wyszło 3189km roweru i 792.6km biegu, czyli średnio 41.4km roweru i 10.3km biegu dziennie. Ale maj już był totalnie obłędny: w sumie 1508km roweru i 357.9km biegu, co dało średnio 48.6km roweru i 11.5km biegu dziennie.

Er zou uiteindelijk iets moeten instorten. Geen goede vooruitzichten. 

Parę jeziorek w okolicy z zakazem pływania. Do tego obsiadłe przez wrednych wędkarzy

niedziela, 26 kwietnia 2020

42 dni


Średnio dziennie: 42 minuty na trenażerze, 9.5km biegu, 36km na rowerze.
W sumie: 400km biegu, 1530km na rowerze, 167 godzin wszystkiego.
Pływać Królik chce!






sobota, 29 lutego 2020

Raz na cztery lata trafia się dzień za darmo


Trzy i pół tygodnia od CUTa. Z powrotem we Flandrii. Królik prawie samodzielny. Sam, więc musi sobie radzić. Przytachanie bagażu i cały proces podróży wcale nie był banalny.

Teraz zajmowanie się ranami, opuchnięciem, bólem, strupami, bliznami spada już tylko na Królika. Teraz sam musi ogarnąć dezynfekowanie, uciskanie, opatrunki, maści, plastry. Precyzyjne wycinanie, smarowanie, odlepianie, przylepianie patrząc się tylko w lustro naprawdę nie jest łatwe.

To nie był prawdziwy śnieg tylko okropny slush

Jeszcze w Warszawie zaczął Królik delikatnie na siłowni, nogi rzecz jasna. Tutaj jest trenażer, a na zewnątrz ohydny śnieg z deszczem, który na razie skutecznie zniechęca do czegokolwiek. Raptem jedna sensowniejsza przejażdżka rowerowa do tej pory. Siłownia od jutra. Na bieganie trzeba będzie jeszcze czekać tygodnie. Na pływanie – raczej miesiące.

Codziennie godzina bez kompresji i opatrunku. Wolność. I trochę rozczarowanie, jak to wszystko wygląda. Obawa, czy to się w ogóle dobrze zagoi, czy nie trzeba będzie ciąć znowu. Nie jest Królikowi łatwo ze swoją głową. Ale może trochę łatwiej z ciałem, a przynajmniej – może BĘDZIE łatwiej z ciałem. 

Spacer na Keizerberg
Rower wzdłuż Demer

wtorek, 31 grudnia 2019

Rok 2019


Słaby treningowo był ten dziewiętnasty. Królik zaliczył odnowienie się niemocy kolana na drugim pięknym biegu zimowym już na początku roku. I potem był największy ból w Hvarze, największa nadzieja na Iles of Scilly i największe rozczarowanie, czyli DNF, na Stockholms skärgården. Zawody pływackie tylko jedne OW 3km na Mazurach. I żadnych więcej startów. Ogólne zwątpienie w sens jakichkolwiek.



Tygodniowe przebiegi... jak widać, z tygodnia na tydzień coraz gorzej
Średnia dzienna... tylko w pływaniu pewien postęp
Była jeszcze wycieczka na Hardangervidda. Obóz w Rytrze i w Kołobrzegu. Były jak zwykle wyjazdy służbowe. Wszystkiego jednak znacznie mniej niż w poprzednich latach. Przez kolano bardzo mało wyszło biegania, raptem 1540km. Pływania więcej, nawet najwięcej, czyli 813km. Skandalicznie mało roweru (niecałe 5000m i całe ZERO kilometrów na szosie), przez jeżdżenie autem, przez wyjazdy, przez niemoc głowy. Trochę więcej trenażera niż poprzednio, no i żelastwo na siłowni. Standardowo wyszło niecałe trzy godziny użerania się z Króliczym ciałem dziennie.

Były w dziewiętnastym dwie przeprowadzki, masa formalności przeróżnych, nowa praca. Wiele rozczarowań, wiele nadziei. Ta zima też wyjątkowo bez wyjazdu na narty, bez świątecznego obozu w Szczyrku. Trudny był to rok dla Króliczego ciała i Króliczej głowy. A następny raczej nie będzie łatwiejszy.

Highlights

Weekend na Mazurach w styczniu, ostatnie bieganie bez obaw o nogę
Polarne upały w maju na Hardangervidda
Majowa służbówka w Irlandii

Mixed blessings

Zawody na Isles of Scilly... które dały nieszczęsnego slota
Flandria... niby jak w domu, niby pięknie, ale jednak trudno...

Downsides

Hvar... najboleśniejsze zawody ever... przyczyniły się do zasadniczego DNFa

Czy może być coś bardziej upokarzającego, dołującego, załamującego niż płynięcie motorówką przez morze, które miało się pokonać wpław...


poniedziałek, 16 września 2019

Konijntje op z’n vlaams

To już koniec ze sportem. Tymczasem nastąpiły nowe okoliczności przyrody. I Królik musi trochę coś popróbować. 




Z basenami bieda, większość jeszcze pozamykana. Rower najtańszy i rozpadający się, ale infrastruktura rowerowa, choć nie dorasta do pięt tej holenderskiej, pozwala wałęsać się po okolicznych pagórkach, polach i pseudolasach. Jest i najbrzydsze wybrzeże w Europie, woda jak zwykle brudna, ale jeszcze ciepła; a wiatr jeszcze głowy nie urywa. Biegowo wiadomo: małe miasta są całkiem sprzyjające. 





Więc jeszcze Królik coś niby zwiedza, zanim na dobre odpuści sobie to wszystko.

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Dziewięćdziesiąt pięć sekund. ENEA 5150 Ironman Warsaw

Po okresie chorobowo-wyjazdowym Królik totalnie stracił wiarę w swoje możliwości sportowe. Szykujący się na zawody upał już totalnie nie napawał optymizmem. A tu trener wymyślił test na 400m. Z grudniowym rekordem 6:05.9 z zawodów, Królik wziąłby wynik rzędu 6:10 w ciemno, bo to start z wody, bo to po chorobie i tysiąc innych wymówek. A tu się popłynęło 6:07 i to bez jakiegoś umierania. Była siła w ramionach i wysoka pozycja na wodzie. Jedna sekunda do rekordu i dobry wynik na tle grupy. Troszeczkę Królik odzyskał wiarę w siebie przed triathlonem (chyba jedynym w tym roku). 


Problemów triathlonowych sobie Królik nagenerował sam: postanowił płynąć bez pianki, nie trenował w ogóle na Szkocie i wziął stare skarpetki do przebrania. Ale najgorzej wyglądała sprawa pogody. Skwar niemiłosierny i bezpośrednia lampa, w których to warunkach Królik nie wyrabia nawet nieruchomo. I jeszcze późnym rankiem zmienić się miał wiatr z delikatnego północnego, na mocniejszy południowy.

Logistyka zawodów z oddzielnymi T1 i T2 naprawdę jest chyba bardziej męcząca niż same zawody. W sobotę rano odbiór pakietu i obstawienie T2, wieczorem jazda z rowerem nad Zegrze. W niedzielę veturilo na Powiśle, koszmarnie zatłoczony autobus do Białobrzegów, kolejka do depozytu i już miał naprawdę Królik dość wszystkiego.

Woda jednak cudownie chłodna w porównaniu z powietrzem i już się Królik nie mógł doczekać pływania. Fatalna rozbiegówka na płyciźnie, ale udało się wyrównać oddech i płynąć swoje. Przy bojkach bywało ciaśniej, ale Królik wyprzedzał głównie i tylko żałował, że tak mało tego pływania. Czas oczywiście rozczarowujący, ale bez pianki, spokojne pływanie nie mogło być szybsze.


W T1 Królik spokojny, jakby przebierał się po treningu i zamierzał wracać do domu. Wypił pół butli izotoniku, założył kask, okulary, numer. No i skarpetki. Trrrrach! Prawa skarpetka rozerwała się totalnie pozostawiając piętę Królika zupełnie bez ochrony. Jedyne doświadczenie w życiu biegania bez skarpetek (aquathlon w Olsztynie) pozostawiło Królicze stopy w stanie opłakanym, więc się trochę Królik tym zatroskał. No ale wziął Szkota i ruszył do Warszawy. Szkoda, szkoda, szkoda, że Królika wyprzedzają absolutnie wszyscy na rowerze, że Królik jeździ za mało, bez wpinanych butów, że na rowerze stale mu niewygodnie i w ogóle to jakoś niechętnie. Ale tu jechało się fajnie. Przedzieranie się przez skwarne powietrze trochę chłodziło, wiatr leciutki w plecy, Królik jeszcze pełen zapału, no i prędkość średnia rosła i rosła, aż się Królik zaczął napalać na dobry wynik. Ta sielanka się skończyła około 25km. Podjazdy, wiatr z boku, potem już w twarz, zmęczenie i niewygoda, no i gorąco. Odcinek na Wisłostradzie już Królik wymęczył. Udało się kręcić średnio 30km/h, co jest jak na Królika i tak kosmicznym wynikiem.

W T2 jeszcze trochę izotonika, butla wody w dłoń i wyleciał Królik na bieg. Sikawka z wodą, woda z butelki na głowę i na kark, kolejna butelka, kurtyna wodna, polewanie przez wolontariuszy, kolejna butelka, nigdy jeszcze nie wylał na siebie Królik tyle wody podczas biegania. Chlupotało mu w butach, ale głowa była gorąca, a nogi po pierwszej pętli zaczęły zwalniać. Nie był to dobry bieg, raczej biegowe umieranie, nie biega Królik szybko w ogóle ostatnio, no ale tu może pochwalić się jedynie tym, że nie przeszedł do marszu i wykrzesał z siebie coś jeszcze na finisz.


Honorowe zmieszczenie się w trzech godzinach udało się bez problemu, ale Królik żuł w sobie to niezadowolenie z rekreacyjnego pływania, zwolnienia na rowerze, nieprzygotowania do biegu, bo przecież mogło być lepiej, a nie wszystko można zwalać na upał. Po schłodzeniu w baseniku, po przebraniu się, zacukał się Królik jeszcze bardziej, bo w oficjalnych wynikach widniał czas o 95 sekund dłuższy niż to, co zmierzył na garminie. To nie mógł być błąd pomiaru wynikający z wciśnięcia przycisku parę kroków przed linią startu, czy za linią mety. To półtorej minuty zaczęło Królika uwierać okropnie, tym bardziej, że zostało dodane do czasu pływania, a Królik uznał to już za czas kompromitujący, nawet w płynięciu bez pianki. W godzinnej kolejce po rower, jeździe do domu, już o niczym innym nie myślał. Sam by na to nie wpadł, ale za namową kolegi, zgłosił Królik te nieszczęsne dziewięćdziesiąt pięć sekund do organizatora. I okazało się, że faktycznie był błąd i Królik odzyskał swój czas! W nigdy niezapominających internetach blamaż 95 sekund na Króliczym pływackim honorze został zmazany!

Powoli Królik docenia wynik. Najlepiej wypadł rower, którego Królik obawiał się najbardziej. W porównaniu z zeszłym rokiem każdy międzyczas był lepszy, choć o to nietrudno, bo wtedy Królik bez hemoglobiny startował. Wszystkie elementy trasy były domierzone, według Królika bieg nawet ze sporym okładem, więc tu nie było fory. Życiówka z Gdańska niezagrożona, ale na lepsze wyniki musi Królik trenować, a na szosę i zakładki jakoś brak entuzjazmu. Będą inne sportowe atrakcje, już pierwszego lipca (taka tajemnica).

sobota, 21 kwietnia 2018

Uwolnienie z kieratu

Przeskok z zimy do lata spektakularny. Już Królik dostał alergii na słońce, już wychodzą bąble na skórze i woda się z nosa leje po jakichś pyłach roślinnych, czy innych wiosennych zapachach.

No ale jest cudnie. Trochę więcej biegania. Nawet z jakimiś dodatkowymi ćwiczeniami. Achillesy szczypią, ale chyba jest lepiej niż było.


A przede wszystkim nastąpiło uwolnienie z kieratu. Szkot wreszcie wydostał się z trenażera. Dostał nową oponę i nowy łańcuch i już śmiga, choć Królika plecy bolą i jakoś woli wolno sobie jeździć na zwykłym rowerze.


W Króliczej stajence nastąpiły też inne zmiany. Dwa stare rowery przeszły do ostatecznej umieralni. Pernilla awansowała do piwnicznego przedsionka rowerowej kostnicy. Za to na górze pojawiła się nowa postać, Ylva. No musiał Królik dokonać tej zamiany, skończyć z niesprawnym rowerem zapasowym, który jeździł na krótsze wyjazdy (Pernillą). Ylva jest elegancka i kompaktowa, akurat na podróże pociągiem i dojazdy do pracy w obcym mieście. Chrzest bojowy za cztery dni w Krakowie.



A sam Królik uwolnił się z basenu. Wreszcie może pływać w jeziorku, gapić się na chmury, łykać szlamowatą wodę. Lato jest fantastyczne, choć pracy dużo Królik ma, ale już za chwilę majówkowy obóz pływacki. Najważniejsze, że nad morzem!

niedziela, 22 października 2017

Cztery jesienne tygodnie

Skończyły się wyjazdy, pływanie w morzach, zawody i inne atrakcje. Zaczęła się rutyna nowego semestru w robocie, zaczęły się treningi klubowe na pływalni, przyszła chłodniejsza pogoda. Królik trenuje, pracuje tylko tyle, ile musi, czyta i śpi. W te cztery pierwsze tygodnie jakiś plan się wykrystalizował. Pierwsza część tygodnia głównie skupiona na robocie, przedłużony weekend poświęcony głównie na nadrabianie treningów. I tak przez te cztery tygodnie wyszło: 65.5km pływu, 149.1km biegu, ponad 11 godzin na trenażerze, 790.8km transportowo na rowerze. Uff.

W drodze do roboty
W przerwie w pracy testowanie elektryka nad Wisłą i po skarpie

Taka to tępa rutyna i tłuczenie tych kilometrów. Ale trochę fajnych treningów też się udało. Biegowych – krótkie górki albo nowa trasa na 12.5km po lesie. Coś tam próbuje Królik poprawić też w pływaniu, przede wszystkim swój fatalny styl grzbietowy, do tego dużo pływania zmiennym, taką na przykład drabinką: 400m, 300m, 200m, 100m. Bo zawody pływowe to na pewno czekają jeszcze w tym roku.

Parę razy coraz szybciej w górę i w dół 
Najczęstsze jesienne widoki biegowe