sobota, 4 kwietnia 2020

04 04 20 20


Póki co tutejszy lockdown nie obejmuje biegania po lesie. Dzięki temu udaje się Królikowi trzymać jakoś głowę na karku. Zakończył się miesiąc w miarę uczciwego trenowania, choć bez siłowni, bez basenu, więc tylko rower i bieganie.





A zaczynał Królik marnie, ledwo co przetruchtał 1.3km na bieżni mechanicznej. Tak, jeszcze na siłowni, gdzie wszyscy pluli i prychali na siebie, ocierali twarze ręcznikami, pili z zaplutych przez sąsiadów bidonów. To chyba była inna epoka.

Siłą okoliczności, ale i lepszą pogodą, mniej rozpadającym się ciałem, przeniósł się Królik do lasu. I powolutku zwiększał dystans i trochę się rozpędzał. Już nie miał wrażenia, że coś się rozerwie, jak trochę gwałtowniej szarpnie ciałem.


I tak wszedł Królik w bardzo stabilną codzienną rutynę, gdzie z dokładnością godną lepszej sprawy robił ten sam kilometraż dziennie. Wcześnie rano w lesie, w sąsiedniej wiosce, na kampusie totalnie pusto. Pięknie, trochę creepy może. Przy okazji zmasakrował sobie Królik stopy (to jednak chyba sprawa braku moczenia się półtorej godziny dziennie w basenie), ale nie na tyle, żeby nie móc biegać.

Rozumiemy, że chcesz uprawiać sport
Powoli stara się Królik wymyślać (i realizować) jakieś sensowniejsze treningi. Rutyna pozwoliła na poznanie nielicznych psiarzy i biegaczy, którzy z tym samym uporem trzymają się codziennej rutyny. Miło tak się pozdrowić, zobaczyć czyjąś uśmiechniętą twarz. Wcześniej nikt na taką ekspresję uczuć sobie tutaj nie pozwalał. 



sobota, 14 marca 2020

Geen paniek, wel gezond verstand!


Apel o zdrowy rozsądek w kraju, który robi wszystko, żeby zasłużyć sobie na jak najgorszą opinię u sąsiadów, brzmi niemal sarkastycznie. W swoim otoczeniu nie napotkał Królik objawów paniki, wręcz przeciwnie, raczej oznaki lekce sobie ważenia nie tylko (dopiero co) wprowadzonych ograniczeń (przez rząd federalny, którego de facto nie ma od roku), ale i tegoż zdrowego rozsądku. Jeszcze przedwczoraj pójść można było w Leuven na basen, jeszcze wczoraj w szkołach odbywały się normalnie lekcje, a wieczorem gromady młodzieży włóczyły się po mieście, knajpy były pełne ludzi (wiadomo, trzeba uczcić ogłoszenie pandemii). Jeszcze dziś zrobić można było zakupy na targu, pójść do fryzjera. Holendrzy przynajmniej na chłodno wyliczają, że zamknięcie całej gospodarki w dłuższej perspektywie się nie opłaca, bo za rok i pięć lat nie będzie z czego utrzymać służby zdrowia i umrze znacznie więcej osób niż teraz uda się uratować jakimś gigantycznym kosztem. Każdy ma swój rozsądek.

Zamknięte uniwersyteckie obiekty sportowe, choć żeby wejść na bieżnię, wystarczy otworzyć furtkę
 
Stan tego zawieszenia jednak trochę się rzuca Królikowi na głowę. Choć są i zalety. Pierwsza: baseny zamknęli akurat wtedy, kiedy Królik nie może pływać po CUTcie (to już 39 dni bez pływania, a szykuje się jeszcze drugie tyle). Druga: nie może Królik wrócić do Polski. To jest jednak super, właściwie szkoda, że taka sytuacja nie trafiła się na koniec pobytu.

De Dijle
Keizerberg
Na początku rekonwalescencji kręcił się Królik trochę po siłowni. Nawet ćwiczenia ogólniejsze niż tylko na same nogi zaczął robić. Dwa tygodnie po CUTcie zaczął jeździć na rowerze. Tydzień temu biegać. Siłownia za to na razie odpada. Jeżdżenie pociągiem gdzieś dalej też. Zostaje okoliczny lasek, górka, ścieżka wzdłuż kanału. Ciekawe, ile to potrwa. I czy ten zdrowy rozsądek wyjdzie Belgom na zdrowie.

Heverleebos
Kanaal Leuven-Dijle
Rond De Doode Bemde

sobota, 29 lutego 2020

Raz na cztery lata trafia się dzień za darmo


Trzy i pół tygodnia od CUTa. Z powrotem we Flandrii. Królik prawie samodzielny. Sam, więc musi sobie radzić. Przytachanie bagażu i cały proces podróży wcale nie był banalny.

Teraz zajmowanie się ranami, opuchnięciem, bólem, strupami, bliznami spada już tylko na Królika. Teraz sam musi ogarnąć dezynfekowanie, uciskanie, opatrunki, maści, plastry. Precyzyjne wycinanie, smarowanie, odlepianie, przylepianie patrząc się tylko w lustro naprawdę nie jest łatwe.

To nie był prawdziwy śnieg tylko okropny slush

Jeszcze w Warszawie zaczął Królik delikatnie na siłowni, nogi rzecz jasna. Tutaj jest trenażer, a na zewnątrz ohydny śnieg z deszczem, który na razie skutecznie zniechęca do czegokolwiek. Raptem jedna sensowniejsza przejażdżka rowerowa do tej pory. Siłownia od jutra. Na bieganie trzeba będzie jeszcze czekać tygodnie. Na pływanie – raczej miesiące.

Codziennie godzina bez kompresji i opatrunku. Wolność. I trochę rozczarowanie, jak to wszystko wygląda. Obawa, czy to się w ogóle dobrze zagoi, czy nie trzeba będzie ciąć znowu. Nie jest Królikowi łatwo ze swoją głową. Ale może trochę łatwiej z ciałem, a przynajmniej – może BĘDZIE łatwiej z ciałem. 

Spacer na Keizerberg
Rower wzdłuż Demer

piątek, 14 lutego 2020

Dziesiąta doba


Mija dziesięć dni od CUTa. Królik wraca do żywych. Ale powoli to idzie bardzo. I choć nie jest źle, nie można powiedzieć, żeby się do końca udało. Być może konieczna będzie jakaś poprawka, kolejny CUT. Albo paskudztwo zostanie do końca życia.

Jeszcze w poCUTowej euforii (otumanieniu)
Cały ten serial trwa już ponad pół roku i mocno Królika eksploatuje. Najpierw było załatwianie. Na każdym etapie przeszkody. Absurdalne, upokarzające, kosztowne. Bezsilność i rozpacz. Do tego jeszcze Króliczy wyjazd. Załatwianie na odległość. Jeżdżenie w tę i we w tę. Strach, że się nie uda, że coś się rypnie.

W końcu leki, leki, leki. W końcu odliczanie już nie tygodni, już nie dni, tylko godzin, minut. Dlaczego to tyle trwa? W końcu przypięli pasami do stołu operacyjnego. Ulga. Zrobił Królik wszystko, co musiał zrobić, teraz już jest w rękach innych.

CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT

Rurka w nosie, ściskający ciśnieniomierz, pulsometr, kroplówka z morfiny. Miażdżący ból, wyrzyg, kołek w gardle, niewygoda, spuchnięcie. W domu rozsadzający ból głowy. Cztery dni w jakiejś innej rzeczywistości. Niby w domu, ale bez spania, bo nie sposób się ułożyć. Z jakimiś obcymi elementami w ciele, przebijającymi się w najdziwniejszych miejscach. I jeszcze te leki, leki, leki.

Pobiegałby Królik

Piąta doba po CUTcie – usunięcie rurek. Krok ku wolności. Powoli. Nabieranie samodzielności. Już Królik sam otworzył lodówkę. Już sam założył buty. Sam wyszedł wyrzucić śmiecie. Siódma doba – impreza dziękczynna. Ósma doba – wyprawa do kina. Dziewiąta doba – samodzielny spacer po lesie. Dziewiąta doba – rowerek na siłowni. 

Sprzęt ratujący życie


niedziela, 2 lutego 2020

Ostatnie razy


Wiele rzeczy ostatni raz. Ostatni spacer po plaży. Ostatnie bieganie po górkach. Jutro ostatnie bieganie po lesie. Pojutrze ostatnie pływanie. Ostatnia siłownia. Ostatni rower. Jeszcze setki innych ostatnich. Królik* robi długi reset. CUT. Takie tam roztrenowanie. Ostatni tydzień przygotowań, spłukiwania organów chemią różną, mija.

*Tak, to ten sam Królik, który od trzech lat woli funkcjonować z ryzykiem wylewki jakiejś czy udaru, niż brać leki; Królik, który odmówił dość prostej w sumie operacji, która mogła naprawić krew (choć mogła i nie naprawić).

CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT CUT

Potem będą dwa, trzy tygodnie unieruchomienia, niespotykane kombinacje i obłędne dawki medykamentów. Dalej dwa, trzy miesiące nietrenowania. I jeszcze wiele kolejnych miesięcy babrania się w tym. Jak to wszystko Królicza głowa w ogóle zniesie? Na razie nie bardzo znosiła to, co było przed CUTem, więc chyba innej drogi nie ma. Może po CUTcie będzie jakiś pierwszy raz.

Ostatni raz. Z Ylvą wzdłuż morza

Ostatni raz. Bieg wokół stawów w Abdij van Park

Ostatni raz. Przejażdżka po Meerdaalwoud

Ostatni raz. Przebieżka po Heverleebos do Zoet Water

Ostatni raz. Zawody w błocie Gór Świętokrzyskich

Ostatni raz. Wykres tempa i profil trasy z Gór Świętokrzyskich

wtorek, 31 grudnia 2019

Rok 2019


Słaby treningowo był ten dziewiętnasty. Królik zaliczył odnowienie się niemocy kolana na drugim pięknym biegu zimowym już na początku roku. I potem był największy ból w Hvarze, największa nadzieja na Iles of Scilly i największe rozczarowanie, czyli DNF, na Stockholms skärgården. Zawody pływackie tylko jedne OW 3km na Mazurach. I żadnych więcej startów. Ogólne zwątpienie w sens jakichkolwiek.



Tygodniowe przebiegi... jak widać, z tygodnia na tydzień coraz gorzej
Średnia dzienna... tylko w pływaniu pewien postęp
Była jeszcze wycieczka na Hardangervidda. Obóz w Rytrze i w Kołobrzegu. Były jak zwykle wyjazdy służbowe. Wszystkiego jednak znacznie mniej niż w poprzednich latach. Przez kolano bardzo mało wyszło biegania, raptem 1540km. Pływania więcej, nawet najwięcej, czyli 813km. Skandalicznie mało roweru (niecałe 5000m i całe ZERO kilometrów na szosie), przez jeżdżenie autem, przez wyjazdy, przez niemoc głowy. Trochę więcej trenażera niż poprzednio, no i żelastwo na siłowni. Standardowo wyszło niecałe trzy godziny użerania się z Króliczym ciałem dziennie.

Były w dziewiętnastym dwie przeprowadzki, masa formalności przeróżnych, nowa praca. Wiele rozczarowań, wiele nadziei. Ta zima też wyjątkowo bez wyjazdu na narty, bez świątecznego obozu w Szczyrku. Trudny był to rok dla Króliczego ciała i Króliczej głowy. A następny raczej nie będzie łatwiejszy.

Highlights

Weekend na Mazurach w styczniu, ostatnie bieganie bez obaw o nogę
Polarne upały w maju na Hardangervidda
Majowa służbówka w Irlandii

Mixed blessings

Zawody na Isles of Scilly... które dały nieszczęsnego slota
Flandria... niby jak w domu, niby pięknie, ale jednak trudno...

Downsides

Hvar... najboleśniejsze zawody ever... przyczyniły się do zasadniczego DNFa

Czy może być coś bardziej upokarzającego, dołującego, załamującego niż płynięcie motorówką przez morze, które miało się pokonać wpław...


niedziela, 22 grudnia 2019

Ćwiczenie


Ostatni obóz w Kołobrzegu był jak zwykle uświadomieniem sobie niedoskonałości Króliczego kraula. Ale coś się w Króliczej głowie przestawiło na pracę nad bardzo małymi detalami. Nuda, ale myśli o nich Królik pływając. Myśli i wyobraża sobie, że pływa lepiej. Że te ruchy, że całe ciało wyglądają lepiej.  

Ucieczka. Heverleebos i ten kawałek rowerowego złomu 
mimo wszystko ratują Króliczą głowę

Siłownia. Ciemnawo. Smród. Muzyka przebijająca się przez pojękiwanie i stukanie żelastwa. Królik unikał. Po co, skoro można było się zadręczać biegając godzinami po lesie albo pływając setki razy od ściany do ściany. Co to za wysiłek siedzenie na ławeczce i przesuwanie jakiegoś żelastwa osiem razy w ciągu minuty? Ogólny bezsens.

Nie polubił Królik siłowni. Ale może trochę polubił ćwiczenie. Takie ćwiczenie z wielkiego CI. Cierpliwość, którą musi Króliczemu ciału poświęcić, żeby było bardziej takie, jak chce. A nie niecierpliwość, żeby ciało oddało Królikowi to, czego on oczekuje. 

Trochę cierpliwości trzeba też było, żeby zakwitła Wdowia Podnieta, 
którą Królik uratował z ułamanej gałązki we wrześniu
Latanie do Warszawy… byle już wszystko załatwić… i cierpliwie, 
żeby czegoś nie zawalić na ostatniej prostej…