środa, 17 września 2014

O króliczym blogolansie


Królik jest przekonany, że to, że biega, pływa i jeździ na rowerze, że wystartuje czasem w jakichś zawodach jest tak niesamowicie i nieprawdopodobnie ważne, że musi dzielić się tym z całym światem. A to, że jest wege, że porusza się po mieście na rowerze, że zrobi parę fotek gdzieś zagranicą, a czasem nawet przeczyta jakąś książkę, jest synonimem niemałych inteligenckich ambicji, z których zdawać sobie muszą sprawę absolutnie wszyscy.

Poza tym Królik nie poucza, bo sam nic nie wie i sam popełnia wszelkie możliwe błędy treningowe i życiowe. Królik nie sprzedaje postów za koszulkę, parę butów lub książkę. Królik nie publikuje nie swoich zdjęć i tekstów. Królik jest ponad to i ponad wszystkich. Królik jest najlepszy.

piątek, 12 września 2014

Stolice roweru. Kulturalno-administracyjne salony Ottawy


W stolicy Kanady Królik bywał na kulturalnych i politycznych salonach, obracał się w iście intelektualno-administracyjnym środowisku. Nic dziwnego zresztą, bo to miasto szczęśliwości, które uniknęło koszmaru dziewiętnastowiecznego uprzemysłowienia, a zatem i późniejszej deindustrializacji. Ponad sto pięćdziesiąt lat temu decyzją brytyjskiej królowej (ani ani) ta ledwo odrosła od ziemi mieścina, siedem lat po nadaniu praw miejskich, stała się najważniejszym ośrodkiem administracyjnym kraju. Wykształcona i dostatnia, obyta w świecie i poruszająca się po mieście głównie do biur i z powrotem publika, to idealny target polityki rowerowej. Poza tym Ottawa jest stosunkowo niedużą metropolią i dogodnie położoną w miejscu ujścia dwóch mniejszych rzek do Rivière des Outaouais. Dodatkowo miasto przecina Rideau Canal, wczesno dziewiętnastowieczny raison d’etre Ottawy, powiększając dogodne możliwości rozwoju liniowych szlaków rowerowych.

Śluzy, także dla skręcających w lewo

Ottawa otrzymała kilka nagród za przyjazność pieszą i rowerową, między innymi za budowę ścieżki wzdłuż ulicy Laurier przez samo centrum (kosztem 122 miejsc parkingowych dla samochodów). Ottawa chwali się więc szybkim wzrostem udziału rowerzystów w transporcie zbiorowym (około 3% podróży odbywa się na rowerze), 250 kilometrami ścieżek, systemem roweru publicznego (niecałe 10 000 podróży każdego letniego miesiąca – pamiętamy milion podróży w NY), zamkniętymi dla samochodów w letnie niedzielne przedpołudnia promenadami.

Ścieżka wzdłuż rzeki z oznaczonym objazdem. Ci, którzy chcą skręcić w lewo, mają zatoczkę do zatrzymania się i nie blokowania ruchu na wprost

I faktycznie, po Ottawie jeździ się miło. W śródmieściu bywają pasy rowerowe, czasem oddzielone elastycznymi słupkami (whip post bollards), częściej miejsce rowerów na jezdni pokazują sharrows. Zdarzają się również śluzy rowerowe łącznie z oznaczeniami i miejscem dla rowerów, które chcą skręcać w lewo „na dwa”. Do tego wzdłuż kanału i rzek wiodą odseparowane ścieżki (też dla pieszych), którymi zarządza nie miasto, ale National Capital Region, dzięki czemu system powiązany jest z leżącym po drugiej stronie rzeki i w prowincji Quebec – miastem Gatineau.

Stojaki w centrum. Czasami nie ma wyjścia, jest wejście - po schodach

W czasie pobytu Królika w stolicy Kanady w lokalnej gazecie Ottawa Citizen trwała dyskusja na temat rowerowości miasta. Europejscy turyści krytykowali Ottawę za samochodocentryczność, mieszkańcy bronili jej przyjazności rowerowej (jak na miasto amerykańskie), wspominali o mroźnych zimach, jakich nie ma w Kopenhadze, czy Amsterdamie. Kolejne wypadki z udziałem pieszych i rowerzystów sprawiają jednak, że i codzienni użytkownicy ottawskich ulic krytykują szerokie arterie w środku miasta, po których można jeździć bardzo szybko, brak przejść dla pieszych, niedostatki transportu zbiorowego, wpuszczanie ciężarówek do centrum (bo tylko jednym mostem mogą one przejechać – z pozostałych wykluczyli je protestujący mieszkańcy).

W Ottawie rowerzysta taki jak Królik czuje się jednak bezpiecznie. Tam, gdzie nie ma pasów rowerowych, jezdnie są szerokie, na uliczkach rezydencjonalnych amerykańskim zwyczajem często są four-way-stops. Ścieżkami wzdłuż wody można szybko przemierzyć miasto, choć już trudniej wjechać na most. Jest w Ottawie sporo miejsc „europejskich”, z usługami, targowiskami. Są znaki przypominające kierowcom o rowerzystach, bywają śluzy i dopuszczenie ruchu rowerów w obu kierunkach na ulicach jednokierunkowych.
 
Lokalne uliczki - rowery dopuszczone w ruchu pod prąd. A na takim 40 letnim vintege bike jeździł sobie Królik w Ottawie

Na salonach otrzymał też Królik film dokumentalny (propagandowy raczej) „Bike City Great City” zrealizowany w 2013 roku przez Davida Chernushenko, radnego Ottawy. Jak już z tytułu można się domyślić tezą filmu jest to, że większa przyjazność miasta dla rowerów sprzyja miastu w ogóle – użytkownikom wszystkich środków transportu, mieszkańcom i przedsiębiorcom. Teza ta poparta jest w filmie dwoma przykładami: Kopenhagą (dość oczywiste) i Nowym Jorkiem (choć w Nowym Jorku dużo rowerowego się dzieje, to jeżdżenie po Manhattanie na rowerze jest Królika zdaniem totalnym koszmarem).

Fragment mapy rowerowej Ottawy (zaznaczone rodzaje ścieżek, stacje roweru publicznego, wodopoje i toalety). Film Davida Chernoushenko

Ciekawa jest obserwacja autorów, że jeżdżenie na rowerze przestaje (wraz z lepszą infrastrukturą i upowszechnieniem się roweru) być wyborem stylu życia, a zatem mówienie o wojnie pomiędzy kierowcami i rowerzystami jest nieuprawnione. Kolejna rzecz to stopień feminizacji transportu rowerowego, który świadczy o poczuciu bezpieczeństwa. W Ottawie rowerzystki stanowią 32% osób na rowerach, w Stanach – 24%. Ale zwraca się też uwagę, że bezpieczny rower może być środkiem emancypacji. Był on takim sposobem na większą swobodę kobiet w przestrzeni miejskiej pod koniec 19 wieku, a i teraz może stać się sposobem na niezależność dla dzieci, osób starszych, czy pochodzących z innych mniejszościowych grup.

Ottawa jest samochodowa i amerykańska, ale przez to, że jest dość mała, w sumie jest rowerowi przyjazna. W letnie poranki ruch rowerzystów (zarówno commuters jak i trenujących) był naprawdę spory. Widać jednak (w szczególności jak pojeździ się po większej Ottawie samochodem), że jest to miasto mieszkańców bardzo od samochodu zależnych.

środa, 10 września 2014

Salt Sugar Fat. Jak to się je w Ameryce


Konieczność jedzenia podczas wakacji w Ameryce, wzbudzała w Króliku sporo obaw. Dlatego też studiował uważnie opakowania.

Oznaczenia na produktach spożywczych w Ameryce są inne niż w Europie. Początkowo system ten Królika zmylił, potem zdenerwował, a potem nieco przekonał, choć nadal system europejski wydaje się Królikowi uczciwszy. Musiał się Królik nieco wgryźć w zagadnienie, przedyskutować je z paroma osobami, a nawet wykonał telefon do rządowej agencji Health Canada, żeby upewnić się, co do bazowych wartości, z których obliczane są procenty zalecanego dziennego spożycia poszczególnych składników.

Po pierwsze oznaczenia amerykańskie korzystają z ichnich jednostek miar. Tak jest również w Kanadzie, mimo że przyjęto tam system metryczny i zrezygnowano z imperialnych miar ponad 40 lat temu. W kuchni siłą przyzwyczajenia obowiązują nadal uncje, filiżanki (cups), łyżki i łyżeczki  (tablespoons i teaspoons). To system oparty na bardziej intuicyjnych miarach niż europejskie przeliczanie wszystkiego na gramy. Tu operuje się raczej objętościami i w każdej kuchni jest zestaw miarek, podczas gdy w kuchni europejskiej częściej znajdzie się wagę.


Etykiety europejskie są niekiedy bardzo proste, ale chyba mają wszystko co trzeba, łącznie z kalorycznością porcji

W Stanach Zjednoczonych wygląd etykiet regulują przepisy Food and Drug Administration, a w Kanadzie – Health Canada, są one zasadniczo takie same (również z racji intensywnej wymiany handlowej). Na amerykańskim opakowaniu znajdziemy więc liczbę kalorii w jednej porcji produktu (per serving), a potem liczbę gramów tłuszczu, cukru i miligramów soli w jednej porcji. Po prawej stronie zaś są procenty. Ale to odsetek tego tłuszczu, czy węglowodanów, jaki stanowi ta porcja w stosunku do zalecanego dziennego spożycia. A nie, jak europejsko myślący Królik myślał na początku, procent jaki stanowi tłuszcz w danej porcji.

Na etykiecie nie ma obowiązku umieszczenia informacji, że „dzienne spożycie” (daily value) oparte jest na diecie 2000 kalorii. Oczywiście, jak już się to wie, można obliczyć, jakie są zalecenia FDA lub Health Canada, co do proporcji różnych składników w tych 2000 kaloriach.

Wielkość porcji jednak może być różna dla każdego produktu, tę ustala producent. Jest ona na ogół związana ze zwyczajowymi miarami – uncjami, filiżankami (dla produktów ciekłych i sypkich), łyżkami. Związana jest także z tym, jak ten produkt się je. Dżem lub peanutbutter będzie miał porcję 1 tablespoon, mleko lub jogurt – 1 cup. Co jest jak najbardziej naturalne. Ale czy nie powoduje, że na pierwszy rzut oka nie widzimy, jak bardzo kaloryczny i słodki jest dżem? Z kolei 3% tłuszczu na etykiecie, oznaczać może raczej, że porcja jest bardzo mała, niż że produkt jest niskotłuszczowy. Producenci nie mają obowiązku podawać informacji o zawartości białka, na niedobór którego w naszym dobrobycie nie cierpimy, ale dla wielu osób na przykład uprawiających sport, albo nie jedzących produktów zwierzęcych, to ważna informacja.

Oczywiście zarówno z amerykańskiej, jak i z europejskiej etykiety, obliczyć można praktycznie wszystkie potrzebne informacje. System europejski ułatwia jednak porównanie różnych (bardzo różnych) produktów ze sobą i obliczanie całkowitej sumy zjedzonych kalorii. System amerykański jest bardziej ostrzegawczy niż informujący, a ostrzega raczej nie przed kaloriami, co właśnie przed tłuszczem, cukrem i solą. Tylko że procenty, które rzucają się w oczy na etykiecie, zależą bardziej od wielkości porcji, a nie typu produktu.

Najlepsze etykiety podają skład na 100g produktu, na porcję i w procentach zalecanego dziennego spożycia

Z pierwszej ręki dowiedział się Królik, że w Kanadzie etykiety mają zostać zmienione (trwają konsultacje społeczne w tej sprawie). Jedną z propozycji jest ujednolicenie rozmiarów porcji. Podobną reformę w etykietach (między innymi urealnienie wielkości porcji) przygotowuje obecnie FDA w Stanach. Strach Amerykanów przed cukrem powoduje, że na nowych oznaczeniach oprócz wyodrębnienia z węglowodanów (total carbs) cukrów (sugars), te ostatnie mają jeszcze mieć określoną zawartość cukrów dodanych (added sugars), choć nie bardzo wiadomo, co to znaczy.

Europejski model podawania wszystkich danych na 100g produktu jest też o tyle łatwiejszy, że opakowania na ogół zawierają wielokrotność 100g lub 100ml. Na przykład duża paczka chipsów to 200g, tabliczka czekolady 100g, woreczek ryżu 100g, butelka coli 500ml, litrowy karton soku lub mleka. Często też europejska tabela jest rozbudowana i podaje zawartość w 100g, w jednej porcji i w całym opakowaniu.

Amerykańska książka i etykiety

Kilka lat temu inicjatywa umieszczania podobnych informacji na opakowaniach wyszła (o dziwo) od Kraft Foods. W trosce o zdrowie Amerykanów, paczki miały mieć wyraźnie nadrukowaną informację o wartości kalorycznej całej zawartości (któż poprzestanie na 1/2 filiżanki chipsów, czy 1/4 batonika – większość osób zje całą paczkę). Konkurencja wielkich korporacji w przemyśle spożywczym takiego pomysłu jednak nie strawiła. Przykład zaczerpnął Królik z książki Michaela Mossa. Spędziwszy sporo czasu nad tymi etykietami, zakupił Królik jego książkę pt.: „Salt Sugar Fat”. Nie dotyczy ona odżywiania jako takiego, a raczej strategii wielkich korporacji produkujących wysoko przetworzoną żywność. To właśnie te trzy tytułowe elementy pojawiają na ostrzegawczych etykietach amerykańskiego jedzenia. W nadmiarze są one niezdrowe, ale to one odpowiadają w znacznej mierze za smak, a także za wręcz uzależniające właściwości przemysłowej żywności.

Z jednej strony obraz tego, co w sprzedawanej żywności siedzi, i jakimi motywami kierują się korporacje żywnościowe jest przerażający, z drugiej strony uruchomiły się w Króliku wspomnienia tego wszystkiego, co kiedyś jadł i co było takie dobre: hamburgery, szejki, galaretki, chipsy, soki z torebek z rurką, słone krakersy, pizza, płatki śniadaniowe, wszelkiego rodzaju batoniki. Książka jest naprawdę dobra i została wydana też po polsku. Recenzenci polecają „Salt Sugar Fat”: jeżeli jesz dużo wysoko przetworzonej żywności, przeczytaj koniecznie tę książkę. Królik dodałby: jeżeli NIE jesz wysoko przetworzonej żywności, to raczej NIE czytaj tej książki, bo jeszcze ci się zachce. Niezależnie od ostrzeżeń na opakowaniach.