niedziela, 16 października 2016

Rozpędzany półmaraton w Gdańsku


Po ponad dwóch latach, w trakcie beznadziejnego leczenia zdecydował się Królik na półmaratońskie występy wyjazdowe

 
Od kiedy Królik chory, to tak trochę inaczej zaczął myśleć o zawodach. Bo na ogół to myślał tak, że zawody to są po to, żeby poprawiać swoje życiówki, żeby zajechać się na maksa, że startować można tylko w szczycie formy będąc przekonanym, że uda się powalczyć o zacny wynik. A teraz trochę jakby Królik zrozumiał tych, co ledwo doczłapują do mety. Bo może oni po operacji, może oni po zabiegu jakimś, po leczeniu fatalnym, może dla nich naprawdę wyzwaniem jest dotarcie do mety, a nie jakieś megawyśrubowane, nie wiadomo jakie wyniki.

A Królik nie startował już w biegowych zawodach ponad dwa lata (!), bo biegał mało i wolno, no i właśnie nie było szans na wynik. Im więc gorzej czuł się z powodu leczenia, tym bardziej zapragnął wystartować. Właśnie dlatego, że teraz ledwo się rusza; właśnie dlatego, że nie wie, co z nim będzie; właśnie dlatego, że teraz samo dotarcie do mety zdawałoby się nie lada dokonaniem.

Kalendarz Królika mocno jednak skomplikowany, a to jakieś plany wyjazdowe, a to zupełnie niemożliwe do przewidzenia leczenie szpitalne. W zasadzie nic nie pasowało. I nagle po serii jakichś idiotycznych szpitalnych akcji, lekarz dał dyspensę na weekend. Ze zdrowiem słabo, ale lepiej może już nie być. No to się wziął Królik i pojechał na weekend nad morze. A tu przy okazji półmaratonik gdański. Takiego dystansu to Królik nie biegał od dawna, bardzo dawna, ale bieganie dyszki byłoby jednak jakoś niepoważne, poza tym na 10km to tak trzeba się jakoś sprężać i gnać. A półmaraton to jednak spokojniejsze bieganie jest.

 
Założeniem było zmieszczenie się w dwóch godzinach, dość karkołomny plan zważywszy ostatnie królicze bezosiągi. Tempo 5:40min/km nie jest może zbyt wyśrubowane, ale dla Królika ostatnio dostępne dopiero po paru kilometrach rozgrzewki i na ogół utrzymywane przez raptem kolejnych kilka kilometrów.

Na wybrzeżu rześko, słońce żółte i zimne, a wiatr solidny. Królik ustawił się gdzieś z tyłu, daleko za balonikami na 1:59:59. Był dziwnie spokojny, choć nie miał pojęcia, na co go stać, i czy w ogóle da radę ten dystans przebiec. Oprócz wyśrubowanej życiówki z 2011 roku miał Królik tylko do porównania wynik z 2014 roku, kiedy to w stanie raczej marnej formy poleciał równiutko jak po sznurku 21km w tempie 5:18.

Zaczął Królik bardzo ostrożnie, od początku jednak wyprzedzając, co – choć cała trasa wiodła szerokimi ulicami – nie zawsze było łatwe. Pierwsze pięć kilometrów pokonał Królik w tempie 5:32, wyprzedził baloniki zająca na 1:59:59, a czuł się podejrzanie lekko, swobodnie, jakby tak sobie tylko truchtał. Powściągał więc z całej siły nogi i przez kolejne pięć kilometrów utrzymał to tempo. Wreszcie znalazł się Królik wśród biegaczy, którzy mniej więcej biegli jego tempem, poczuł też, że jednak od godziny już przebiera nogami. Ale i tak wyprzedzał. Dołączał do jakiejś grupki, obiecywał sobie, że będzie się jej trzymał aż do finiszu, po czym rozpuszczał nogi i wyprzedzał, choć do finiszu było jeszcze daleko.



Trzecie pięć kilometrów wyszło już w tempie 5:21 i Królik nagle poczuł, że to sześć kilometrów przed nim, to już jest bardzo niewiele, że jakoś w ogóle się jeszcze nie zmęczył, nie zasłużył na ten medal. I przyspieszał dalej. Najgorszy podbieg na wiadukt na Drodze Zielonej pokonał króliczymi susami wyprzedzając zawodników, których ten podbieg, a i wmordęwiatr jakoś przyhamował. I nagle zostało już strasznie mało. Królik rzucił się do przodu już na maksa, wydłużył krok, leciał jakoś swobodnie, zadziwiony, że jedyne, co mu lekko przeszkadza, to pianista ślina tocząca się z pyska.

Czwarta piątka była już w tempie 5:05, a ostatni pełny kilometr w 4:40. Wleciał Królik na metę pełnym sprintem i choć nie dogonił wyniku z 2014, to poleciał zaskakująco szybko, do tych dwóch godzin mając ładnych kilka minut zapasu. Oczywiście Królik zaraz zaczął obliczać i analizować i zastanawiać się, co by było gdyby… Ale przecież jest zadowolony. Bo dostał ten swój biegowy medal pokonując idiotyczne leczenie i słabość ostatnich miesięcy, pokonał półmaraton z pięciominutowym negative splitem, a przede wszystkim z poczuciem siły, mocy, radości z tej niezbyt wyrafinowanej i mało turystycznej trasy przez gdański Wrzeszcz, wokół Zaspy i Przymorza.

czwartek, 29 września 2016

Stolice roweru. Kopenhaga i okolice


Oczywiście, że Kopenhaga jest stolicą rowerów (jedną z dwóch). Zarówno pod względem udziału rowerzystów w codziennych dojazdach, jak i jeśli chodzi o infrastrukturę i udogodnienia. Od ostatniego pobytu Królika w Kopenhadze między innymi pojawiły się rowery publiczne (białe, z mapą i gpsem na wyświetlaczu, wypasione w ogóle), wyremontowano okolice Nørreport Station, a place wokół zostały zasiedlone morzem rowerów, oddano do użytku Cykelslangen czyli most rowerowy łączący Kødbyen na Vesterbro i Islands Brygge na Amager. Wszystko to łącznie z zieloną falą na głównych trasach dojazdowych w godzinach szczytu, szerokimi asfaltowymi na ogół, jednokierunkowymi drogami dla rowerów z osobną sygnalizacją świetlną (kilka sekund przewagi nad samochodami jadącymi w tym samym kierunku), pasami do skrętu i tak dalej – sprawia, że jeździ się cudnie.

Cykelslangen przed świtem
Zjazd na Cykelslangen od strony ronda przy centrum handlowym Fisketorvet

Jeździ się wygodnie, jeździ się szybko, bo spod każdych świateł rusza czołówka czekających na zielone rowerzystów, która rozwija niesamowite tempo i wyprzedza kogo się da. Wydaje się Królikowi, że tu znacznie częściej niż w Amsterdamie przestrzega się przepisów (również rzadziej porzuca się rowery gdzie popadnie), a także, że rowery generalnie są w lepszym stanie niż holenderskie. I choć nie zawsze infrastruktura rowerowa pozwala na oddzielenie się od aut, skręcający w prawo naprawdę czekają aż horda rowerzystów jadących prosto po ich prawej stronie przejedzie, choć – z wyjątkiem turystów – piesi raczej nie wchodzą pod rowery, to nie wszystko jest tak super różowo. W Kopenhadze sporo jest bardzo szerokich arterii z mnóstwem samochodów, czasem odseparowane drogi dla rowerów gdzieś giną i jedzie się jezdnią, zdarza się, że autobusy wpychają się spod przystanku zajeżdżając drogę rowerom. Podobnie jak w Amsterdamie, trzeba się nauczyć poruszać po Kopenhadze, poznać różne nieformalne zasady panujące na drodze (wobec innych rowerzystów, pieszych i samochodów) i sposoby wynegocjowywania sobie swojego miejsca na drodze – np. przejeżdżania przez przejazd przez dwujezdniową drogę.

Rowerem do Helsingør...
... i na Amagerstrand

Królik zna Kopenhagę, a w każdym razie te okolice, po których się poruszał, na tyle dobrze, by jeździć na pamięć. To bardzo ułatwia. No i podobnie jak w Amsterdamie najbardziej irytowali Królika turyści, którzy chwiejnie ruszają spod świateł, jeżdżą obok siebie, albo tak, że uniemożliwiają wyprzedzanie, a jadą generalnie wolno i skłonni są do nieprzewidzianych zachowań, głównie zatrzymywania się lub skręcania w najmniej oczekiwanym momencie.
 
Takie trasy rowerowe: wokół Amager, do Helsingør i z powrotem, wzdłuż północnego wybrzeża Sjælland

No i jak zwykle jeździł Królik trochę poza miasto. Wyznaczone trasy krajobrazowe są fajne, choć nie zawsze dobrze oznakowane, zjeżdżające niekiedy bez zapowiedzi z asfaltowej nawierzchni, na co nie każdy rower i rowerzysta może mieć ochotę. I choć jest ich dużo, a oprócz tego wzdłuż jezdni generalnie są wydzielone drogi dla rowerów (na ogół poza miastem razem z chodnikiem), to jednak wielokrotnie musiał Królik jechać po prostu pasem jezdni. No i niestety wielu duńskich, i wielu telepiących się tam także szwedzkich, kierowców wyprzedzało nie zwalniając w równie małej odległości od roweru, jak wszędzie indziej. Nie doświadczył Królik nieprzyjemnych sytuacji, jak kilka razy dziennie w Warszawie i okolicach, czy na przykład w Irlandii, ale miał tu niezbity dowód, że żeby rowerzysta poczuł się bezpiecznie, a kierowcy nie mieli możliwości go ujechać, po prostu musi być odseparowany od aut – co najmniej paskiem farby (no i musi być wtedy więcej miejsca na jezdni), a najlepiej jednak krawężnikiem.

Więc trochę sobie Królik pojeździł na zwykłym trójbiegowym pożyczonym mieszczuchu, generalnie od plaży, czy kąpieliska do kolejnego kąpieliska: wokół Amager, do Helsingør i kawałek wzdłuż północnego wybrzeża Sjælland. Pogoda była idealna na rower, a Królik z tą swoją zepsutą krwią i kilkudniową dyspensą od szpitala, napawał się każdą minutą tej jazdy.

wtorek, 27 września 2016

Przekupstwo na koniec wakacji


Krew królicza nadal popsuta. Tydzień po wypuszczeniu ze szpitala, już chcieli Królika z powrotem zamknąć. Ale Królik przekupił, a może raczej zaszantażował, lekarza i oznajmił, że wyjeżdża do Kopenhagi i koniec. Bo ważna konferencja, a może ważniejsze – bilety kupione, dwa dodatkowe dni opłacone w hotelu, szykujący się ostatni letni weekend, ostatnia szansa do popływania w morzu w tym roku. No i z jakimiś ratunkowymi medykamentami w plecaku, poleciał Królik do Kopenhagi, którą zna nieźle, i którą uwielbia przede wszystkim ze względów rowerowych i możliwości pływowych. Jeśli chodzi o dostęp do wody Kopenhaga niekiedy przewyższa Sztokholm (piaszczyste plaże, ale brak jeziorek), a rowerowo dorównuje (choć inaczej) Amsterdamowi.

Pływalnia na Amagerstrand

Pływalnia na Islands Brygge w samym centrum miasta
 
Więc Królik skupił się na tym pływaniu. A że miał czas na dojazdy, jeździł raczej na plażę, niż do otwartych basenów wpuszczonych w morze w środku miasta (tam zresztą temperatura wody była niższa, chyba ze względu na portową głębokość i mniejsze nasłonecznienie wśród zabudowy). Po raz kolejny okazało się, że Królik nienawidzi pływać w piance, którą przezornie wziął ze sobą. Nie, nie, nie, to nie jest pływanie, tylko takie bujanie się na falach, niewygodne toto, ruchy krępuje, nieprzyjemnie zimna woda przedostaje się do środka, zanim wypełni piankę, zawsze gdzieś skórę obetrze, ciężkie, mokre i śmierdzące trzeba to potem transportować do domu/hotelu, płukać, suszyć. Faktycznie od zimna nieco chroni. Woda w Sundzie miała jakieś 14 stopni. Jak się energicznie płynie, to jest taka woda do wytrzymania. W piance w sumie nawet nie bardzo energicznie można sobie leżeć w takiej wodzie. Ale za każdym razem Królik zrzucał tę gumę i dopływał jeszcze kilkanaście minut w samym kostiumie.

Amagerstrand

Zejście do wody na plaży w Klampenborg

Ale najprzyjemniejsza okazała się wyprawa na bardzo opustoszałą plażę na północnym wybrzeżu Sjælland, zwanej też Zelandią (choć dla Królika ta nazwa przynależy raczej prowincji Holandii). Bo tam Królik pływał nago (Duńczycy nagminnie pływają nago i w całkiem nie odosobnionych miejscach). I to okazało się najdoskonalszym sposobem. Bez kostiumu, nawet bez czepka i okularków. Królik i woda. Woda czysta, z łagodniutko kołyszącą się na płyciznach bałtyckiej cieśniny falą, tylko odrobinę słona. Było absolutnie perfekcyjnie. Jedynie meduzy trochę przeszkadzały. Sporo tej galarety pływało wokół, ale było to głównie nieprzyjemne w dotyku, bo zupełnie nie parzyły one skóry.

Pustawe plaże północnego wybrzeża Sjælland

Takie miłe dwa dni na koniec wakacji. A już z powrotem Królik w ubezwłasnowolnieniu szpitalnym.

środa, 31 sierpnia 2016

Leczenie


W równym stopniu co leczenie, jest to także trucie. Może pomóc, ale nie wiadomo na ile; prawie na pewno może zaszkodzić. Bo te lecznicze specyfiki raczej niszczą niż budują. Nie tylko chemicznie, ale i w ogóle leczenie szpitalne zwala z nóg. Bo:


1. Farmakoterapia jest niewybiórcza, tylko wali na oślep jak cepem przez łeb, być może trochę naprawiając, co zepsute; ale i psując, co zdrowe
2. Szpital ubezwłasnowolnia, lekarze traktują jak żyłę, do której wlewać można różne substancje; żyła ma nie zadawać pytań
3. Szpital przygnębia, nie daje odpocząć, koszmarzy opowieściami i stanem współpacjentów
4. Ze szpitala nie można wyjść mimo słońca, dla ratowania własnej równowagi psychicznej, w końcu wychodzi się zmęczonym i steranym
5. Szpital powoduje zadręczanie się tym, co będzie dalej, szukaniem swoich win, swoich słabości, niekonsekwencji, złego prowadzenia się



Cała ta bezradność i strach to jeszcze nic wobec ciała, które jakby nie swoje, jakby nie bardzo materialne, jakby kończyny nie do końca do niego pasowały. Zniknęła cała siła nagromadzona podczas obozu, wszystkich treningów. Mięśnie działają jakby bez oporu, jakby były zbyt dobrze naoliwione, przesuwają się, ale nie wykonują pracy. Wystarczyło kilka dni trucia, by wykopać metabolizm i układ odpornościowy na jakieś inne tory. Wcale przecież nie wiadomo, czy lepsze niż poprzednio. I dalej nie wiadomo, co dalej…

niedziela, 21 sierpnia 2016

Ile można zmieścić w siedem dni?


Ile można zmieścić i ile można znieść w siedem dni? Pływania, treningów, atrakcji, zmęczenia, jedzenia i spania?


Obóz w okolicznościach przyrody Beskidu Sądeckiego

Wydaje się nieprawdopodobne, że Królik w ogóle przeżył ten cały obóz sportowy. Było fantastycznie. Choć oprócz pływania, zaliczył Królik mnóstwo innych okazji do sponiewierania ciała, choć bolały go: obita kość ogonowa (nieumiejętność wypięcia się prawą nogą z pedałów i jakieś przedziwne balety na rowerze), mięśnie czworogłowe (nieumiejętność spokojnego chodzenia pod górę), barki (totalna nieudolność w manewrowaniu kajakiem górskim) i jeszcze trochę pomniejszych obtarć, opuchnięć i chwilowych niedomagań.

W kajakarstwie górskim przyjął Królik strategię wyczekującą: nie robić nic, a jakoś się spłynie

Sponiewieranie nastąpiło w wyniku dziesięciu treningów na basenie, trzech wypadów na rowerze, trzech sesji na sali gimnastycznej, dwóch spacerów po górach, jednego umierania ze strachu na torze kajakowym na Dunajcu. Oprócz sponiewierania sporo było nauki dzięki wskazówkom kolarskim, testowi wydolnościowemu i analizie nagrań z basenu. I tak oto wnioski z tych wszystkich analiz treningowych sprowadzają się do tego, że Królik ma mnóstwo nowych powodów do niezadowolenia z siebie. Przede wszystkim (jak wiadomo) za mało robi intensywnych i technicznych treningów. Okazało się, że „strefa mieszana” na progu tlenowym u Królika nie istnieje, zakwaszenie przychodzi gwałtownie i ścina od razu. Umiejętności kolarskie Królika są w ogóle poza wszelką krytyką, sprawność ogólna cienka, prędkość w pływaniu mierna (w szczególności na krótkich dystansach).

Fajne drogi po słowackiej stronie, Szkot wolał się tędy wspinać, niż zjeżdżać

No ale żeby nie było wyłącznie w tonie narzekania, to przecież jest też kilka rzeczy, z których można być zadowolonym: w kraulu jest pewien postęp, wydłużenie kroku, obniżenie głowy i mimo wszystko trochę pływa Królik szybciej. Styl klasyczny wygląda, poza drobiazgami, akceptowalnie, choć musiałby trochę nim Królik popływać, żeby prędkości i dynamiki nabrać. Test zakwaszenia krwi wykazał, że jakaś tam baza ogólna jest, a samo przeżycie tego obozu świadczy o tym, że jest Królik zdolny do wysiłku. Tylko teraz musi odpocząć.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Wyryp pływacko-rowerowy i nieoczekiwany rekord na 400m


Królik wkurzony jakiś na wszystko, słaby, smutny, zapracowany. Do tego jeszcze upał i lato. Tragedia. Za to dodatkowe treningi drużynowe. I tak trochę przez przypadek się taka rutyna zawiązała, że rano chodził Królik na basen, siedział w robocie, a potem szlajał się rowerem po okolicy. I tak wypływał w tydzień ponad 20km, przejechał 250km. Bez biegania, bez szosówki, bez ćwiczeń, ani innego durnego rozciągania. No to sobie zaplanował, że drugi tydzień też tak pociągnie. Ale więcej. Codziennie więcej niż tego dnia w poprzednim tygodniu. I trzeci tydzień też taki. Pod koniec drugiego tygodnia zaczął boleć bark od tego pływania, a wszystkie trasy rowerowe w promieniu 25km od domu się jakoś znudziły. Trzeciego tygodnia wypływało się Królikowi już 22.2km i wyjeździło 326km. W sumie w 21 dni napływał Królik 63.1km i najeździł na miejskim rowerze 883km. Średnio dziennie zajmowało to jakieś 3h40min i może dlatego jednak Królika umęczyło. Choć pewnie w równym stopniu co same treningi, umęczająca była robota i upał.

Codzienna kumulacja dystansu rowerowego w ciągu trzech tygodni
Codzienna kumulacja dystansu pływowego w ciągu trzech tygodni
 
I jeszcze zupełnie nieoczekiwanie się rekord zdarzył. Na najważniejszym dystansie. Niby coś tam Królik czuł, że jest lepiej. Trenerka po zmierzeniu czasu na 400m w łapkach powiedziała, że rekord chyba nieaktualny. Ee tam, pomyślał Królik, w łapkach to się leci szybko, sunie się jak kajak wyścigowy. Spokojnie może Królik nadrabiać po 6-7s na każdych 100m dzięki łapkom. A potem był do zrobienia perfidny trening 8x50m + 4x100m + 2x200m + 400m. Od początku w tempie rekordu na 400m. Oczywiście zaczęte za szybko. Dwusetki poszły jeszcze w tempie rekordu. Ale na czterysetce już Królik umierał od pierwszej długości. Brakowało powietrza, nogi zakwaszone, bebechy jakieś ściśnięte. Koszmar. Wyszło tyle, ile w grudniu na zawodach. Wszystko na marne, wszystkie te wysiłki, treningi, ćwiczenia...

Ale że Królik chodził na dodatkowe treningi do innej grupy, następnego dnia miał powtórkę tego treningu. Wiedział niby co go czeka, ale wcale nie zaczął wolniej. Gonił szybszych kolegów na torze. Tempa na pięćdziesiątkach i setkach jakieś kosmiczne. Dwusetki za szybko. O wiele za szybko. Ale coś było inaczej niż poprzedniego dnia. Jakby ruchy ramion płynniejsze, dłuższe, silniejsze. Jakby płynął Królik spokojnie, z zapasem. Trzeba było próbować. Zaczął Królik spokojnie, wyobrażał sobie, że ma na sobie łapki, które jak wiosła po prostu go przesuwają do przodu. I nie ma co kombinować, tylko tak ciało układać, żeby w tym wiosłowaniu za bardzo nie przeszkadzało. Ciężko. Ale trenerka powiedziała, żeby na trzeciej setce przyspieszyć. To dołożył Królik nieco siły. Trochę zaczęło brakować tlenu, ale zostały już tylko trzy długości; jeszcze niecałe dwie minuty tego koszmaru, już ostatnia setka. Na ostatnim nawrocie wyprzedził najwolniejszego kolegę na torze. To uczucie wyprzedzania zawsze daje niezłego kopa. A nogi tych płynących przodem jakby się nieco przybliżyły. Koniec! Powietrza! I ucho nastawione na czasy wykrzykiwane przez trenerkę. Co? Znowu nic? Czemu tak słabo? Przecież było szybko. Chwila, czasy bez odjęcia różnicy po 5 sekund między kolejnymi startującymi. Głowa się gotowała Królikowi i policzenie, że skoro startował czwarty, musi odjąć 15 sekund, a potem odjęcie tych 15 sekund od wyniku, jakoś nie bardzo sklejało się w faktycznie realny wynik. Rany! Niemożliwe. Poprawa kwietniowego rekordu o całe 11 sekund! A wyniku z grudniowych zawodów o 19 sekund! Koniec świata!

Rozkład tempa z zawodów w 2015, treningowego testu w kwietniu 2016, ostatniego treningowego testu (na czerwono) choć to rozkład hipotetyczny, bo Królik zna tylko wynik końcowy. Przerywaną linią zaznaczony hipotetyczny rozkład tempa konieczny do złamania 6 minut

Jeszcze sobie na wiosnę Królik żartował, że za 10 lat złamie 6 minut na 400m (klik). Ale nagle to stało się tak właściwie realne. Jeszcze tempo trzeba o te 2 sekundy podkręcić. A to tyle, ile udało się zrobić przez ostatnie cztery miesiące. Z bardzo umiarkowanym króliczym optymizmem można jakoś tam zaplanować, że w ciągu następnego roku trochę się uda jeszcze przyspieszyć.

Teraz zostało dziesięć dni do wyjazdu na obóz. Trzeba zaleczyć bark, trochę odpuścić pływanie, by się całkiem nie uprzykrzyło przed obozem, gdzie będzie go w nadmiarze aż do wyrzygu.