Właściwie to Królik nie
wie, co i jak napisać. Najdłuższy wyścig w Króliczej karierze pływackiej. Plan na
przetrwanie został zrealizowany. Bardzo w tym pomogły okoliczności przyrody. Upalna
pogoda, ciepłe jezioro, przejrzysta woda, prawie gładka powierzchnia. Pomogły
treningi OW, obcięcie i przetestowanie pianki bez rękawów (i to, że mimo
barbarzyńskich cięć, nie rozpadła się ona na Króliku w trakcie płynięcia). Pewnie
też pomogły treningi basenowe, obóz i dokrętki codziennych treningów. Może
nawet przerzucanie żelastwa raz na jakiś czas. Może też fizjo, która próbując
ratować Króliczy kręgosłup, przy okazji rozpracowywała pospinane mięśnie pleców
i ramion. Pomogła obecność partnerki treningowo-wyjazdowej, dzięki której
Królik mógł nie zamartwiać się tysiącem szczegółów.


Start. I Królik sunął
sobie długimi pociągnięciami, pianka unosiła bezpiecznie wysoko. Jedna osoba
gdzieś z boku. Druga dopędzona szybko. I jeszcze jedna przed Królikiem. Po minucie
się z nią zrównał i pomyślał, że trzeba płynąć strategicznie, w nogach, nie
wyrywać, to długi wyścig i tak dalej. Co za bzdury. Parę pociągnięć i już był
Królik pierwszy. I tak już zostało. Tak już zostało do mety. Królik nie
zatrzymywał się, by przetrzeć okularki, by poprawić czepek, by spojrzeć na
garmina, by obejrzeć się za siebie. Liczył w głowie różne rzeczy, wyobraźnia
pracowała na wysokich obrotach, więc Królik starał się skupić na tym, żeby nie
chlapać się, nie zwalniać. Pierwsze 3km były trochę na haju, trochę pod słońce,
trochę w oszołomieniu. I przyzwyczajał się Królik, że obok sunie dziewczyna na
SUPie prowadząca stawkę. Trochę jak indywidualny support, trochę jak ten motor,
który wyziewa spaliny prosto w prowadzącego maratończyka. Na platformie
odżywczej pociągnął Królik dwa łyki jakiegoś paskudnego rozpuszczonego żelu z
bidonu i gnał dalej.



Po sześciu kilometrach,
kiedy Królik już z ulgą myślał, że to, ile jeszcze zostało jest do ogarnięcia
Króliczym rozumkiem, coś się przestało zgadzać. Dopiero wtedy minął Królik
start dystansu na 5K. Woda się rozhuśtała i zaczęły jakieś dziwne farfocle w
niej pływać. Królik płynął i płynął, i już nie wiedział, czy ma do mety dwa,
czy trzy kilometry. Czekał na wypłynięcie zza cypla, który jakoś nie chciał się
skończyć. Powoli przestawało mu zależeć na tym, żeby nikt go nie wyprzedził,
powoli już było Królikowi wszystko jedno, czy będzie pierwszy, czy ostatni,
byle już się to skończyło.

W końcu na tle miasteczka
zabłysły żółte bojki i flagi znaczące metę. To był pewnie jeszcze kilometr i
Królik nabrał jakiejś motywacji do wydłużenia kroku. Ta fantazja sprzed ponad dwóch
godzin, jak to będzie, jak wygra, nagle zaczęła nabierać realnych kształtów.
Nikt Królika nie dogonił, ani z 10K, ani z żadnego innego dystansu. Strasznie samotne
to pływanie. To były ponad 3 godziny w wodzie w towarzystwie SUPistki, z którą
nie sposób było zamienić słowa, ani nawet się do niej uśmiechnąć, gestem o coś
zapytać, czy podziękować. Wygramolił się Królik na rampę i nawet nieźle trzymał
pion. Dostał jakiś medal. Ale myślał tylko o tym, żeby jak najszybciej odkleić
okularki od twarzy i rozpiąć piankę.
Na tym upale wszystkie
przytargane ciuchy, kurtka, czapka, okazały się zbędne. Nie było w Króliku
nawet cienia zmarznięcia. Przebrał się w letnią kreację, wydudlił colę, zjadł precla
(kminek wydłubawszy uprzednio) i łaził po mecie z durnym uśmiechem na pysku.