sobota, 24 sierpnia 2019

Tydzień


Tydzień do startu w najważniejszych zawodach w życiu. Tymczasem w życiu tyle się dzieje, że Królik nie ogarnia ciała, pracy, domu, tego życia w ogóle. 

Biedne Jeziorko Czerniakowskie przed pływobiegowym treningiem w scenerii jak z katastrofy kosmicznej lub nuklearnej, jak kto woli

Po zawodach na Isles of Scilly i tej nieszczęsnej kwalifikacji, po chwili odpoczynku, zrobił Królik solidne osiem tygodni trenowania po 14 godzin tygodniowo. Wyszło więc ponad 155km pływania, 364km biegu, ponad 1000km roweru i jeszcze jakieś tam inne bajery. Dużo, ale jakościowo marnie jak zwykle. Raptem dwa swimrunowe treningi nastawione na zmiany, choć nie zmiany będą kluczowe na mistrzostwach.

Mazowieckie pole przed pływobiegowym treningiem

I teraz trzytygodniowe spowolnienie, żeby sobie krzywdy (większej niż już jest) przed zawodami nie zrobić. Nagle tak trudno zebrać się do choćby półgodzinnego truchtu. Wszystko się tak rozmemłuje. A głowa pracuje i przerabia najgorsze scenariusze. I już wydaje się, że nic innego nie jest możliwe. Nie da rady kolano, albo achillesy, albo bark, albo kręgosłup, a może krew, raczej jelito, nerki lub wątroba; coś na pewno trzaśnie, może wszystko naraz.

Tydzień jeszcze w podróży. W pracy. W upale. W oczekiwaniu. 

Warszawska sceneria Króliczego załatwiania tysiąca spraw przed wyjazdem

niedziela, 11 sierpnia 2019

Ostatnie cztery miesiące

Z powrotem kontuzja. Położone zawody w Hvarze.
Rozpacz.
Wyjazd na narty do Norwegii.
W pracy źle. W domu gorzej. 
Wyjazd do West Cork nie pomógł.
Wyspy Scilly przemierzone piechotą. Jest problem: kwalifikacje do Mistrzostw Świata.
Ciało wstrętne. Głowa siada. Cel treningu: niemyślenie i nieczucie.
Upały.
Jedne zawody OW na Mazurach.
Krótki obóz treningowy w górach.
Ciało. Rozpad. Likwidacja domu. Wyjazd. Zmiana pracy.
Za dużo tego wszystkiego.


Hvar w przeddzień zawodów

Hvar w dzień zawodów

Hardangervidda

Hardangervidda

Hardangervidda

Nieudana wyprawa do Mizen Head

Ballycotton

Ballycotton

Barleycove beach

Barleycove beach

Mizen Head

Isles of Scilly

Isles of Scilly

Warszawa. Upały i noga

Wejsuny 3km OW

Beskid Sądecki

Przed porannym treningiem

czwartek, 4 kwietnia 2019

Pływanie jest nudne

Dramat nożny trwa. Raz jedna, raz druga. Raz z boku, raz pośrodku. Raz u dołu, raz na górze. Czasem przy naciskaniu, czasem tak sobie bez powodu. Raz jakby w środku, raz całkiem na powierzchni. Czasem jakby miało rozerwać kość, czasem tylko jakby przesuwał się mięsień. Czasem kopie prądem, innym razem wali tępym narzędziem. Chodzą te bóle po Króliczych nogach i jest dziwnie. Bo jest dużo energii, a bardzo mało pewności. W dodatku lepiej już jakby było. Już przestało boleć, już Królik w obłędnym tempie po 15km biegał. A tu znowu łupie, ciągnie, puchnie, rozrywa. Fachowcy twierdzą, że tak ma być, bo się wszystko przebudowuje, naprawia. No więc z bieganiem bieda.

Czterysetki (w łapach i bez) plus serie 4x100m zmiennym

800m (1+1) + 400m (1+2) + 200m (1+3) + 100m (1+4) z progresją

2x400m + 4x200m + 8x100m i z powrotem (wolno, szybko)


Więc Królik pływa. Pływa po dwadzieścia kilometrów tygodniowo. Dużo, bardzo dużo w łapach. To jest dopiero nuda. Tempa w łapach są nieporównywalne z niczym innym. Bo Królik jakby leciał na wielkich i lekkich skrzydłach; jakby miał w dłoniach ogromne wiosła zrośnięte z przedramionami, ciągnięcie których prawie nie wymaga wysiłku. Wymyśla Królik proste zadania na półtorej godziny; kombinacje osiemsetek, czterysetek, dwusetek; progresje i zagęszczanie odcinków, czasem przeplatane zmiennym. Pozwala to skupić głowę na liczeniu. I niemyśleniu o nodze. Niemyśleniu, że już za dwa dni trzeba będzie obydwie nogi i obydwie łapy (i jeszcze Króliczą głowę) ustawić na linii startu i pływodobiec do mety.

3x (4x200m z progresją + 200m zmiennym)

2x (400m+800m) + 2x (200m+400m) + 2x (100m+200m) + 2x (50m+100m)

800m + 700m + 600m + 500m + 400m + 300m + 200m + 100m z progresją

niedziela, 24 lutego 2019

Rozpacz i nadzieja

Było za dobrze. Nie mogło tak dalej być. Przecież nigdy nie jest dobrze. A Królik uwierzył, że może tak być, a że i jeszcze lepiej może być. I może sobie znów uciec na weekend i biegać. I znów będzie super, zaskakująco dobrze, w ogóle medale, radość i te inne bzdety. Na basenie były zaskakująco dobre czasy (im dłuższy dystans, tym szybsze tempo), superwynik w Krościenku. Trzeba było odpuścić i się tym cieszyć. Ale Królik ucieka wciąż przed swoją głową, więc kolejny weekend chciał się Królik w tej dobrości pławić. I wszystko się zwaliło. Głupota wygrała. Noga przegrała. Królik ledwo doczołgał się do końca trasy.

Na basenie zero progresu, najnowsze wyniki z treningu 5x200m takie, jak półtora roku temu
W samotności Królik zadaje sobie takie nudne do wyrzygu treningi
Albo takie, jeszcze nudniejsze

I zjazd totalny. Załamka psychiczna i fizyczna. Rozpacz. Królik bardzo przeszarżował i nie może nadziwić się swojej głupocie. Cztery tygodnie mijają od tej szarży. W tym czasie głównie się Królik obżerał i rozpaczał. Przepłynął 100km, nadwerężył sobie plecy i ramię od pływania w łapach, próbował tysiąca sposobów na nogę: zimno, ciepło, skurcze, rozkurcze, rozciąganie, wałkowanie, prądy, igły, gwoździe, bańki, miód, masowanie, rozluźnianie, prądowanie, ściskanie, oblepianie, obkłuwanie, kompresowanie. Biegania było kilometrowo mniej niż pływania. Pojawiają się promyczki nadziei szybko gaszone jakimiś bólem, skurczem, napuchnięciem. Ciało się poddaje i wtedy głowa leci za nim.

Na granicy wiosny. Czyli jak się Królik wybierze zanurzyć w jeziorze, to akurat chwycił mróz
I jeszcze śniegiem posypał
A jak przygrzewa, to Królik akurat na wybieganiu, a noga odmawia posłuszeństwa
Piękne te nasze nadwiślańskie krajobrazy
Rozwalająca się jednostka pływająca na pierwszym planie przydaje rodzimemu krajobrazowi nutkę nostalgii

środa, 23 stycznia 2019

Tygodnie na basenie, weekend na Mazurach

Rutyna jakaś się wytworzyła po świętach, choć zaraz ferie, choć zaraz znów się wszystko rypnie. Na basenie dwa ważne sprawdziany, które poszły nieźle, jeżeli porównać z Królika niemocą w końcówce roku i tak sobie, jeśli rozpatrywać je w kategoriach bezwzględnych. Po raz kolejny też wykazał się Królik na tle grupy głównie wytrzymałością. Osiemset metrów w tempie 1:33 to chyba rekord życiowy. A kolejny test 5x200m niby dobrze, ale jednak bywało już szybciej, a to że cała grupa popłynęła jakoś wolno nie bardzo pociesza.




Bieganie ostatnio głównie po śniegu i lodzie, ale jest trochę przyspieszenia i trochę siły testowanej na podbiegach. Na rodzinnym wypadzie na Mazury udało się pobiegać 25km w przyzwoitym tempie po totalnym lodzie, a nawet założyć narty biegowe. Jeszcze jedno jakieś niespodziewane bieganie w śniegu wpadnie Królikowi, który najlepiej wyłącza głowę poprzez przebieranie kończynami, no i zostają dwa miesiące do prawdziwych zawodów.





poniedziałek, 7 stycznia 2019

Zimowa triada – trzy przebieżki po ośnieżonych górkach

Najtrudniej było wyobrazić sobie Królikowi, że będzie umiał znaleźć zapał do tego wszystkiego: do czekania na zimnie, do zapadania się w zaspy, do mokrych pleców na mrozie, do brył lodu tworzących się wokół kostek; w ogóle do jazdy na zawody kilka godzin przez pół Polski, do zawodów bez pływania; do przebywania z wyjadaczami ultra, dla których te biegi były króciutkie (a i tak robili dystanse dwa razy dłuższe niż Królik), którzy mówili jakimiś kodami, roztrząsali godzinami sprawy odżywiania, sprzętu i ubioru.

Meta trzeciego etapu nad Dunajcem, innych okazji do robienia zdjęć nie było

A Królik z całą naiwnością podszedł do tego wyzwania. Przetestowane ciuchy biegowo-narciarskie, plecak; przetestowane niejedzenie na trasie do trzech godzin. I wszystkie trzy biegi podobne. Dość krótkie. Jedno podejście, a potem zbieg. Podejście wolne, czasem irytująco wolne, w kolejce innych biegaczy, ze zrywami wyprzedzania w kopnym śniegu. Generalnie oglądanie godzinami butów osoby przed sobą, słuchanie sapania tego kogoś za plecami. A potem zbieg. Szalone gubienie nóg, zapadanie się, ześlizgiwanie, latanie ponad ścieżką śniegu, błota, lodu, obrywanie gałęziami po oczach. Królik czuł niedosyt na podejściach i brak techniki, odwagi i prędkości na zbiegach.

I z tego wszystkiego zrobiło się: na pierwszym etapie 15.5km i 700m w górę; na drugim – 5.5km i 200m w pionie; na trzecim – 10.5km i 500 w górę. Razem prawie cztery i pół godziny brodzenia w śniegu. To wszystko dało szóste miejsce i pierwsze w kategorii. 


Niby dobrze, choć czy wystarczająco dobrze, żeby zbudować na tym jakąś wiarę w Królicze możliwości? Czy nie musiałby Królik zrobić dystansu ultra i zszargać się do tego stopnia, by poczuć dumę z samego faktu ukończenia? Nawet górscy wyjadacze po niedzielnym długim dystansie wydawali się mocno zmęczeni. W sumie Królik za każdym razem zadowolony był, że nie musi obiegać jeszcze czegoś, robić kolejnej pętli, wracać tą samą trasą. Może wombatowa partnerka prędzej uwierzyła, że coś z Królika jeszcze będzie?

Wyjazd o tyle nietypowy, że było dużo znajomych, nie było ani chwili samotności, co wymęczyło Królika, ale też dało swoistą towarzyską satysfakcję, uchroniło przed startowymi stresami, mocno zmotywowało zarówno do samego uczestnictwa, jak i jednak ciśnięcia nie tylko na ukończenie. Pierwsze zawody w tym roku odbębnione. Trudno dopiero będzie…

środa, 2 stycznia 2019

Królicza główka po zimowym obozie pływackim

Kolejny raz końcówka roku w górach. Tym razem już nawet nie próbował Królik jeździć na nartach, bo to wiąże się z jeżdżeniem autem; bo na ogół za mało jest śniegu; a w tym roku brakowało też zapału i siły, żeby pogodzić narty z dwoma treningami na basenie dziennie plus ćwiczeniami na sali lub bieganiem. I tak w siedem dni wyszło 11 treningów pływackich i 32,6km w wodzie, trzy godziny ćwiczeń na sali i cztery biegi w sumie za 36km. Ostatniego dnia, już na totalnym zmęczeniu, wypływał Królik życiówkę na 400m, psim swędem chyba, bo po prostu nie mierzył takiego dystansu na małym basenie od jakichś sześciu lat. Gdyby to był duży basen, byłoby nieźle, a i główka pracowałaby lepiej.



Generalnie było ponuro, padał deszcz, było ciepło i nieprzyjemnie. Poza treningami zalegał Królik w łóżku, poczytał, ale nie miał siły pracować. W Sylwestra spadł śnieg i wreszcie jeden z biegów można było uskutecznić w górach, wspinając się w śniegu miejscami po pas; a zbiegając w szalonym tempie i masakrując sobie mięśnie czworogłowe. Trochę słabe to na pięć dni przed dużym górsko-biegowym wyzwaniem. 



Gorzej, że w Warszawie wrócił Królik do swoich cielesno-główkowych paranoi, niemocy i znów się wszystko zwaliło, znów ogarnął Królika wstręt na myśl o jakiejkolwiek aktywności zawodowej, domowej, a nawet sportowej. I znów ratunek w tym tylko, że masochistyczna główka zmusi Królicze ciało do włożenia się w środek transportu i wywiezie je za dwa dni w góry, zmusi Królicze nogi do przebierania po śniegu, błocie, mrozie, mroku. I znów Królik jakąś siłę życiową wykrzesa z tego, że jednak to ciało przetoczyło się po górkach, nie poddało się zimnu, ciemności, wysokości i zmusi główkę do jakiegoś tam funkcjonowania na pewien czas. O ile faktycznie znów się uda…