Królik
pokonał w końcu swoje lęki i zaplanował powrót. Przedłużał, przeciągał,
odkładał, ale w końcu wysłał rowery, opróżnił mieszkanie, pooddawał książki,
wyrzucił niepotrzebne rzeczy, pozjadał zapasy i została tylko jedna mała
ostatnia rzecz przed lotem. Takie tam dłubanie w nosie. Formalność, bo Królik
tu nawet nikogo nie spotyka. Nic takiego, bo od miesiąca nawet nie kichnął,
pływał po 30km tygodniowo, pracował na pełnych obrotach, przeprowadzał się i
załatwiał tysiące spraw. Do tego było bardzo zimno, a w Króliczym mieszkaniu
nie sposób było nagrzać na tyle, żeby robić coś innego niż leżeć w łóżku.
No i
bach. Korona na głowę. Nie można lecieć. Nie można pływać. Nic nie można. I jak
Królika szlag nie trafi od korony, to z pewnością od samego zamknięcia. Można tylko
analizować, co było. Dokładnie to tak: od 2 stycznia 193.4km (czyli 7736
basenów) – jeden dzień bez pływania, a trzynaście dni z dwoma treningami, czyli
61 treningów w 49 dni. Do tego 1071km na rowerze. Nogi wciąż na zakazie biegania
i nawet trenażerowania. Więc teraz łeeeee…